Translate

piątek, 9 maja 2014

Groźna stopa

W dzisiejszym odcinku załączam specjalną dedykację dla miłośników idei Wielkiego Powrotu, a także kręgów, klamr i  lajtmotiwów, gdyż mam przyjemność zaprezentować (chyba pierwszy raz na tym blogu) z życia wziętą historię o kompozycji zamkniętej.  Panie i panowie, przed Wami „Groźna stopa”.

***

Luty. W pociągu z Montrealu do Nowego Jorku.

Poszłam boso do Warsa, bo chciałam sobie kupić kole. Pani spojrzała na mnie z pogardą i powiedziała, że bez butów nie sprzeda. Bardzo mnie to rozbawiło i zaciekawiło.  Zaczęłam dociekać. Wtedy do akcji wkroczyła konduktorka i mnie stamtąd wyrzuciła – powiedziała, że stanowię zagrożenie dla bezpieczeństwa pasażerów… Najpierw soczyście zbluzgałam ją w myślach a potem, moje serce wypełniło się wszechogarniającym współczuciem dla złej kondycji zdrowia psychicznego amerykańskiego społeczeństwa i grzecznie wróciłam na swoje miejsce.

Niewiele jednak minęło zanim zorientowałam się, że to jednak z moim zdrowiem coś jest nie tak. Otóż okazało się, że moje bose stopy faktycznie były groźne…

W środku nocy dotarłam do stuletniego, pięknego domu na Brooklinie zamieszkałego przez cztery urocze lesby. Dostałam gościnny materac w salonie i natychmiastowo zasnęłam. Nie trwał jednak mój szczęśliwy sen zbyt długo. Obudziłam się zlana potem szorując pazurami po skórze. Wszystko mnie swędziało. Panika. Panika. Panika. Czy to SAM-WIESZ-CO? Czy też paranoja? A może jednak SAM-WIESZ-CO? 

I tak przeleżałam do rana na zmianę drapiąc się i martwiąc, martwiąc się i drapiąc. 

Przed oczami ciągle miałam obraz Brooksa z poprzedniego dnia o poranku… Ja pakowałam się w pośpiechu na pociąg do Nowego Jorku a on jęczał, że go coś pogryzło bardzo i że może w moim łóżku są jakieś… robaki…? „Brooks, robaki? - zapytałam nie ukrywając nutki ironii - Jakie robaki żyją w -20? Nie widzę nawet pół ugryzienia na twoim ciele. Pozwól, że nie będę teraz się tym zajmować”. Sprawa wydawała mi się zdecydowanie przesadzona, więc postanowiłam wymazać tą rozmowę z pamięci. Brooks jednak orzekł, że wypierze w gorącej wodzie wszystko co dotykało mojego łóżka. „Spoko, niech sobie pierze” – pomyślałam i wybiegłam na pociąg.

Następnego dnia podczas bezsennej nocy w Nowym Jorku zaczęłam się poważnie karcić za moją niechlubną postawę wobec …problemu… Heh.. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Jeśli ja miałam pluskwy, tak PLUSKWY w moim łóżku, teraz mam je na wszystkich ubraniach i mają je też w swoim łóżku gospodynie tego pięknego domu w którym się zatrzymałam. Mają je wszyscy ludzie z którymi ostatnio tańczyłam kontakt lub soczyście się przytulałam a takich jest wiele. AAAAAAAAAAAaaaaa!
Kurwa.
Poszłam do łazienki, znalazłam 5 ukąszeń.
Kurwa.

Zamiast zwiedzać nowojorskie galerie i chłonąć sztukę, byłam zmuszona przeprowadzić akcję ratunkową na mej skórze i honorze. Poszłam do lekarza na Brooklinie. Dobrze, że znam hiszpański to mogłam się z nim dogadać. Dzięki bogu okazało się, że to nie pluskwy tylko świerzb. Hahahah! Tak! Bardzo ucieszyłam się, że mam świerzb. Bo wbrew pozorom to dużo łatwiej utłuc. Dla niewtajemniczonych świerzb to mikroskopijne robaczki, które żyją w ubraniach i na skórze. Można się zarazić przez długotrwały dotyk. Zaaplikowałam trującą maść na moje ciało i resztę pobytu w Nowym Jorku spędziłam w pralni na Brooklinie. Musiałam WSZYSTKIE materiałowe rzeczy wyprać w gorącej wodzie i wysuszyć w najwyższej temperaturze żeby ścierwo zczezło, a potem przebrać się w pralni i wyprać i wysuszyć to co miałam na sobie – łącznie z butami. Tak była zima, tak mieli wybite jedno okno. Spędziłam zatem duuużo czasu siedząc boso na plastikowym krzesełku i było mi bardzo zimno, więc starałam się zająć umysł czym innym.

Pralnia okazała się dużo ciekawszym kulturowo zjawiskiem niż jakieś tam nadęte galerie w Chelsea. Jednym z zajęć odciągających moją uwagę od zimna było zatem podsłuchiwanie rozmów w pralni. Wiem, że to brzydko podsłuchiwać, ale nie żałuje, bo nie dość, że uchroniło mnie to od śmierci przez zamrożenie to jeszcze może uświadomiło mi istnienie paru innych potencjalnych zagrożeń w tej pralni... Oto co usłyszałam na wejściu:
 „… tak, teraz już jest spokojnie. Dwie niegroźnie wyglądające kobiety, nie dzieje się nic podejrzanego, ludzie grzecznie robią swoje pranie – mówił przez telefon chłopak zmywający podłogę - Ale kurwa jak ten typ tu podbił do mnie do okienka, to ciągle tylko zerkał za siebie. Ktoś go musiał kryć. Pytał o biały T-shirt swojej dziewczyny, który niby zgubiliśmy w praniu. Oczywiście nigdy nie było żadnego T-shirta, ani żadnej dziewczyny. Od razu rozpoznałem ten numer, bo w zeszłym tygodniu było to samo. Zrobiłem ruch jakbym po coś sięgał. Koleś się wystraszył i zwiał. Ale jak się obracał to zobaczyłem, że miał pistolet za paskiem. Stary potrzebna jest tu ochrona! Co tydzień ktoś próbuje obrabować naszą pralnię, sam temu nie podołam! Przyślij mi chociaż kogoś do pomocy”. 
Acha.

***

Trzy miesiące później. Pierwsza noc w moim pokoju po powrocie do Montrealu.

Boże, jaka ja byłam szczęśliwa kładąc się do mojego łóżka:) Po pierwsze dlatego, że przez większość pobytu w Warszawie spałam na kanapie w pokoju przechodnim, a po drugie, bo obok mnie był mój luby. Jak tylko się w tym łóżku znalazłam, od razu zamieniłam się w chrapiącego kociaka. Obudził mnie w nocy wiercący się Brooks. „Co jest?” – pytam. „Nie mogę spać, strasznie mnie coś pogryzło”. Słuchajcie, nawet nie miałam siły tego skomentować. Zamarłam. Zamilkłam i postanowiłam udawać, że nic nie słyszałam, że mi się to wszystko śniło. Leżeliśmt tak obok siebie na maksa wkurwieni patrząc  w sufit. Jeśli czegoś nauczyła mnie poprzednia sytuacja to tego, że problemu łóżkowych ugryzień nie należy bagatelizować. Dobra, nic nie będzie z tego spania. Zapaliłam światło i zaczęłam przyglądać się tym jego ukąszeniom. Tym razem faktycznie tam były. Niby wyglądały jak po komarach, ale są trzy w jednej linii. A to jest właśnie cecha charakterystyczna SAM-WIESZ-KOGO.
Kurwa.
Ratunku.
Sprawdziłam materac. Jak tam są to mieszkają w rogach… Niby nic nie widać. Ale i tak wyrzuciłam moje łóżko – dla świętego spokoju. Pluskwy żyją jednak także w ścianach i drewnie. Obsypałam zatem cały pokój śmiercionośnym białym pyłkiem, zastawiłam pułapki z drożdży (bo pluskwy lubią drożdże) i wyprowadziłam się na 2 dni.

W pułapki nic się nie złapało, więc postanowiliśmy uwierzyć, że nawet jeśli coś w tym pokoju było to już tego czegoś nie ma. A najprawdopodobniej był to jednak jakiś bardzo wczesny, bardzo mały i bardzo cichy komar. Lub pająk. Życie wróciło do normy i już mnie nic nie swędzi :P A co najważniejsze nie zarażam ;))) i moje łóżko też nie ;PPP

***

Długo zastanawiałam się czy w ogóle o tym pisać. W sumie nie ma czym się chwalić hehe.
No niby dlaczego ktoś miałby chcieć czytać o moich robakach. Moim zdaniem ma jednak ta historia pewien walor humorystyczny i pouczająco – poszerzający horyzonty.

Pamiętam, że kiedy wróciłam do Polski przez pierwszy tydzień ciągle jeszcze zarażałam świerzbem (haha), więc wolałam się z nikim nie widywać na wszelki wypadek. No ale np. taki Bartek to mnie nie widział 2 lata i się stęsknił, więc nalegał. No to mu powiedziałam, że możemy się spotkać ale bez dotykania. Hahahaha. No jak się można domyślać to wzburzyło lawinę pytań i totalnie zawstydzona w końcu mu powiedziałam.

No, ale właśnie dlaczego te choroby mają być tabu? Dlaczego mam się wstydzić świerzbu a kataru nie? Czy to się komuś podoba czy nie, zarówno pluskwy i świerzb mogą zagnieździć się nawet w najczystszym domu! Wystarczy, że ktoś je miał w nocnym pociągu. I bach! Teraz są twoje! W Polsce dzięki Bogu to nie jest problemem (albo przynajmniej ja o tym nie wiem), ale jadąc do Ameryki np. trzeba się z tym liczyć, wiedzieć jak to rozpoznać, jak się leczyć i jak zapobiegać zarażaniu innych.