Translate

piątek, 9 maja 2014

Groźna stopa

W dzisiejszym odcinku załączam specjalną dedykację dla miłośników idei Wielkiego Powrotu, a także kręgów, klamr i  lajtmotiwów, gdyż mam przyjemność zaprezentować (chyba pierwszy raz na tym blogu) z życia wziętą historię o kompozycji zamkniętej.  Panie i panowie, przed Wami „Groźna stopa”.

***

Luty. W pociągu z Montrealu do Nowego Jorku.

Poszłam boso do Warsa, bo chciałam sobie kupić kole. Pani spojrzała na mnie z pogardą i powiedziała, że bez butów nie sprzeda. Bardzo mnie to rozbawiło i zaciekawiło.  Zaczęłam dociekać. Wtedy do akcji wkroczyła konduktorka i mnie stamtąd wyrzuciła – powiedziała, że stanowię zagrożenie dla bezpieczeństwa pasażerów… Najpierw soczyście zbluzgałam ją w myślach a potem, moje serce wypełniło się wszechogarniającym współczuciem dla złej kondycji zdrowia psychicznego amerykańskiego społeczeństwa i grzecznie wróciłam na swoje miejsce.

Niewiele jednak minęło zanim zorientowałam się, że to jednak z moim zdrowiem coś jest nie tak. Otóż okazało się, że moje bose stopy faktycznie były groźne…

W środku nocy dotarłam do stuletniego, pięknego domu na Brooklinie zamieszkałego przez cztery urocze lesby. Dostałam gościnny materac w salonie i natychmiastowo zasnęłam. Nie trwał jednak mój szczęśliwy sen zbyt długo. Obudziłam się zlana potem szorując pazurami po skórze. Wszystko mnie swędziało. Panika. Panika. Panika. Czy to SAM-WIESZ-CO? Czy też paranoja? A może jednak SAM-WIESZ-CO? 

I tak przeleżałam do rana na zmianę drapiąc się i martwiąc, martwiąc się i drapiąc. 

Przed oczami ciągle miałam obraz Brooksa z poprzedniego dnia o poranku… Ja pakowałam się w pośpiechu na pociąg do Nowego Jorku a on jęczał, że go coś pogryzło bardzo i że może w moim łóżku są jakieś… robaki…? „Brooks, robaki? - zapytałam nie ukrywając nutki ironii - Jakie robaki żyją w -20? Nie widzę nawet pół ugryzienia na twoim ciele. Pozwól, że nie będę teraz się tym zajmować”. Sprawa wydawała mi się zdecydowanie przesadzona, więc postanowiłam wymazać tą rozmowę z pamięci. Brooks jednak orzekł, że wypierze w gorącej wodzie wszystko co dotykało mojego łóżka. „Spoko, niech sobie pierze” – pomyślałam i wybiegłam na pociąg.

Następnego dnia podczas bezsennej nocy w Nowym Jorku zaczęłam się poważnie karcić za moją niechlubną postawę wobec …problemu… Heh.. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Jeśli ja miałam pluskwy, tak PLUSKWY w moim łóżku, teraz mam je na wszystkich ubraniach i mają je też w swoim łóżku gospodynie tego pięknego domu w którym się zatrzymałam. Mają je wszyscy ludzie z którymi ostatnio tańczyłam kontakt lub soczyście się przytulałam a takich jest wiele. AAAAAAAAAAAaaaaa!
Kurwa.
Poszłam do łazienki, znalazłam 5 ukąszeń.
Kurwa.

Zamiast zwiedzać nowojorskie galerie i chłonąć sztukę, byłam zmuszona przeprowadzić akcję ratunkową na mej skórze i honorze. Poszłam do lekarza na Brooklinie. Dobrze, że znam hiszpański to mogłam się z nim dogadać. Dzięki bogu okazało się, że to nie pluskwy tylko świerzb. Hahahah! Tak! Bardzo ucieszyłam się, że mam świerzb. Bo wbrew pozorom to dużo łatwiej utłuc. Dla niewtajemniczonych świerzb to mikroskopijne robaczki, które żyją w ubraniach i na skórze. Można się zarazić przez długotrwały dotyk. Zaaplikowałam trującą maść na moje ciało i resztę pobytu w Nowym Jorku spędziłam w pralni na Brooklinie. Musiałam WSZYSTKIE materiałowe rzeczy wyprać w gorącej wodzie i wysuszyć w najwyższej temperaturze żeby ścierwo zczezło, a potem przebrać się w pralni i wyprać i wysuszyć to co miałam na sobie – łącznie z butami. Tak była zima, tak mieli wybite jedno okno. Spędziłam zatem duuużo czasu siedząc boso na plastikowym krzesełku i było mi bardzo zimno, więc starałam się zająć umysł czym innym.

Pralnia okazała się dużo ciekawszym kulturowo zjawiskiem niż jakieś tam nadęte galerie w Chelsea. Jednym z zajęć odciągających moją uwagę od zimna było zatem podsłuchiwanie rozmów w pralni. Wiem, że to brzydko podsłuchiwać, ale nie żałuje, bo nie dość, że uchroniło mnie to od śmierci przez zamrożenie to jeszcze może uświadomiło mi istnienie paru innych potencjalnych zagrożeń w tej pralni... Oto co usłyszałam na wejściu:
 „… tak, teraz już jest spokojnie. Dwie niegroźnie wyglądające kobiety, nie dzieje się nic podejrzanego, ludzie grzecznie robią swoje pranie – mówił przez telefon chłopak zmywający podłogę - Ale kurwa jak ten typ tu podbił do mnie do okienka, to ciągle tylko zerkał za siebie. Ktoś go musiał kryć. Pytał o biały T-shirt swojej dziewczyny, który niby zgubiliśmy w praniu. Oczywiście nigdy nie było żadnego T-shirta, ani żadnej dziewczyny. Od razu rozpoznałem ten numer, bo w zeszłym tygodniu było to samo. Zrobiłem ruch jakbym po coś sięgał. Koleś się wystraszył i zwiał. Ale jak się obracał to zobaczyłem, że miał pistolet za paskiem. Stary potrzebna jest tu ochrona! Co tydzień ktoś próbuje obrabować naszą pralnię, sam temu nie podołam! Przyślij mi chociaż kogoś do pomocy”. 
Acha.

***

Trzy miesiące później. Pierwsza noc w moim pokoju po powrocie do Montrealu.

Boże, jaka ja byłam szczęśliwa kładąc się do mojego łóżka:) Po pierwsze dlatego, że przez większość pobytu w Warszawie spałam na kanapie w pokoju przechodnim, a po drugie, bo obok mnie był mój luby. Jak tylko się w tym łóżku znalazłam, od razu zamieniłam się w chrapiącego kociaka. Obudził mnie w nocy wiercący się Brooks. „Co jest?” – pytam. „Nie mogę spać, strasznie mnie coś pogryzło”. Słuchajcie, nawet nie miałam siły tego skomentować. Zamarłam. Zamilkłam i postanowiłam udawać, że nic nie słyszałam, że mi się to wszystko śniło. Leżeliśmt tak obok siebie na maksa wkurwieni patrząc  w sufit. Jeśli czegoś nauczyła mnie poprzednia sytuacja to tego, że problemu łóżkowych ugryzień nie należy bagatelizować. Dobra, nic nie będzie z tego spania. Zapaliłam światło i zaczęłam przyglądać się tym jego ukąszeniom. Tym razem faktycznie tam były. Niby wyglądały jak po komarach, ale są trzy w jednej linii. A to jest właśnie cecha charakterystyczna SAM-WIESZ-KOGO.
Kurwa.
Ratunku.
Sprawdziłam materac. Jak tam są to mieszkają w rogach… Niby nic nie widać. Ale i tak wyrzuciłam moje łóżko – dla świętego spokoju. Pluskwy żyją jednak także w ścianach i drewnie. Obsypałam zatem cały pokój śmiercionośnym białym pyłkiem, zastawiłam pułapki z drożdży (bo pluskwy lubią drożdże) i wyprowadziłam się na 2 dni.

W pułapki nic się nie złapało, więc postanowiliśmy uwierzyć, że nawet jeśli coś w tym pokoju było to już tego czegoś nie ma. A najprawdopodobniej był to jednak jakiś bardzo wczesny, bardzo mały i bardzo cichy komar. Lub pająk. Życie wróciło do normy i już mnie nic nie swędzi :P A co najważniejsze nie zarażam ;))) i moje łóżko też nie ;PPP

***

Długo zastanawiałam się czy w ogóle o tym pisać. W sumie nie ma czym się chwalić hehe.
No niby dlaczego ktoś miałby chcieć czytać o moich robakach. Moim zdaniem ma jednak ta historia pewien walor humorystyczny i pouczająco – poszerzający horyzonty.

Pamiętam, że kiedy wróciłam do Polski przez pierwszy tydzień ciągle jeszcze zarażałam świerzbem (haha), więc wolałam się z nikim nie widywać na wszelki wypadek. No ale np. taki Bartek to mnie nie widział 2 lata i się stęsknił, więc nalegał. No to mu powiedziałam, że możemy się spotkać ale bez dotykania. Hahahaha. No jak się można domyślać to wzburzyło lawinę pytań i totalnie zawstydzona w końcu mu powiedziałam.

No, ale właśnie dlaczego te choroby mają być tabu? Dlaczego mam się wstydzić świerzbu a kataru nie? Czy to się komuś podoba czy nie, zarówno pluskwy i świerzb mogą zagnieździć się nawet w najczystszym domu! Wystarczy, że ktoś je miał w nocnym pociągu. I bach! Teraz są twoje! W Polsce dzięki Bogu to nie jest problemem (albo przynajmniej ja o tym nie wiem), ale jadąc do Ameryki np. trzeba się z tym liczyć, wiedzieć jak to rozpoznać, jak się leczyć i jak zapobiegać zarażaniu innych.


wtorek, 4 lutego 2014

Akcja burka


O Montrealu mówi się, że jest to miasto, w którym robi się sztukę, ale nie miasto, w którym się na niej zarabia. W Mile end - dzielnicy, w której mieszkam jest największy odsetek artystów ze wszystkich miast Północnej Ameryki. W związku z tym, że artystów jest dużo a pieniędzy na sztukę mało, każdy z moich znajomych ma na swoim koncie jakąś bardzo dziwną pracę. Brooks na przykład za pieniądze wziął udział w eksperymencie medycznym, gdzie testowano granice jego bólu. Bronwen natomiast ostatnio zajmuje się malowaniem wioseł od kanu.…??????…..……

Teraz przyszła kolej na mnie. Dostałam propozycję, żeby robić taneczny performance w przebraniu w dyskotece dla bogatych ludzi. Moja znajoma co tydzień projektuje i szyje nowe kostiumy dla tego klubu, a potem w nich występuje przez 2 godziny w środku nocy. Czasem na duże eventy zaprasza tancerzy z zewnątrz. Na wieczór, kiedy ja miałam tańczyć zlecono jej zaprojektowanie kostiumu z zakrytą twarzą - całą twarzą, łącznie z oczami! Zadanie to nie lada, bo trzeba to zrobić tak, żeby dało się w tym tańczyć. Do ostatniej chwili nie mogła nic wymyślić, zastanawiała się czy mnie nie odwołać, ale ja strasznie chciałam to zrobić. W przeddzień występu zaoferowałam, że jej pomogę. Znalazłyśmy przezroczysty, czarny materiał, który zarzuciłyśmy na siebie jak burkę. Z taką tylko innowacją, że zrobiłyśmy dziurę na czubku głowy, przez którą przełożyłyśmy włosy na zewnątrz materiału. Wyglądałyśmy jak duchy w perukach ;) Sukienki sięgały nam niewiele dalej niż za tyłek i były bardzo prześwitujące. Po spodem byłyśmy prawie gołe – tylko owinięte czarną taśmą, żeby nam cycki i trochę brzucha zakrywało. Niestety musiałam ogolić nogi i pachy. Wiem, też mi smutno, ale pocieszam się, że przecież kiedyś odrosną.


Kostium wyglądał mniej więcej tak. Niestety nie mam lepszego zdjęcia. Byłyśmy całkiem zadowolone z naszej kreacji. Seksy z klasą i trochę kontrowersyjnie (szczególnie w kontekście nowego absurdalnego prawa w Quebecku, które zakazuje noszenia burek!). Znajoma wysłała to zdjęcie swojemu szefowi, żeby potwierdził czy się nadaje.  Koleś odpisał w dniu występu, że wszystko fajnie fajnie tylko, że zapomniał wspomnieć, że kostium ma być nie czarny tylko pomarańczowy! Bo to jest event promujący jakiegoś wyjątkowego szampana, który na nasze nieszczęście ma pomarańczowe logo.

Zatem trzeba szyć od początku. Jedyny przezroczysty pomarańczowy materiał jaki udało nam się znaleźć był mdły i wyblakły. Musiałyśmy zrobić 2 warstwy. Kończyłyśmy to do siebie przyszywać 10 minut przed wyjściem. Dobra, udało się, wyrobiłyśmy się. Przymierzamy. Po założeniu kostiumu okazało się, przez tę podwójną woalkę bardzo mało widzę. Trochę mnie to zaniepokoiło w perspektywie tańca na szpilkach tak wysokich, że ledwo jestem w stanie ustać. Nie wiem jak wyglądam, bo się nie widzę (rzecz jasna), ale czuję się jak kretynka. Mam wrażenie, że w tym czarno pomarańczowym stroju prezentujemy się bardziej jako tanie sex-workerki na Halloween niż jak profesjonalne tancerki. Moja znajoma śmieje się przez łzy. Sypie speeda na pocieszenie. Nigdy nie brałam więc chętnie próbuję. Wciągamy i ruszamy w drogę.

W samochodzie jest bardzo śmiesznie. Jednak na miejscu energia się zmienia. Przebieramy się w brudnej kuchni. Leci głośne techno. Wychodzimy. W ciemnym klubowym świetle nie widzę przez woalkę ABSOLUTNIE NIC. Mogłabym sobie równie dobrze zawiązać sobie oczy. Znajoma prowadzi mnie za rękę do piwnicy i ciągnie mnie przez długi, czarny, niski tunel. Słyszę ludzi wokół siebie, ale ich nie widzę. Szarpią mnie za kostium. Podnoszą mi sukienkę. Podłoga jest wyłożona nierównymi cegłami. Ja na tych szpilkach, na speedzie. Jestem półnaga, wciągnęłam niewiadomoco i idę w ciemność. Gratuluję Kingo, tego jeszcze nie było. Docieramy na parkiet. Klub jest tak pełen, że nie da się tam szpilki w cisnąć, nie mówiąc już o tańczeniu. Ludzie nas popychają i szarpią. Znajoma zaczyna wrzeszczeć na kogoś po francusku. Ciągnie mnie za rękę, prowadzi do ochroniarza. Prosi go o interwencję. Ochroniarz (który jak sama nazwa wskazuje powinien nas chronić), odpowiada „you’re cute, of course they’re gonna touch you”. Znajoma obrzuca go soczystą bluzgą i obwieszcza mi, że wychodzimy. Wracamy do naszej kuchni. Ona dzwoni do szefa. Wrzeszczą na siebie po francusku. Ostatecznie dochodzą do kompromisu. Dostajemy porządną garderobę i zamiast tańczyć na szpilkach z zawiązanymi oczami na zatłoczonym parkiecie będziemy stać w miejscu w okolicy szatni i udawać ludzką rzeźbę. Przez 2 godziny stoimy obok szatni i bujamy się na boczki. Nudzi mi się, nogi mi wchodzą w dupę. Czasem ktoś podchodzi i robi sobie z nami zdjęcie. Wybija 3.00, wyłączają muzykę. Ufff. Koniec.

Znajoma jest oburzona. Pracuje tam od roku i mówi, że NIGDY jej się nie zdarzyło, żeby ludzie się zachowywali tak obleśnie. Mówi, że zazwyczaj to jest po prostu jakby iść na imprezę i się dobrze wyszaleć. Przychodzi jej szef z nami pogadać. Okazuje się, że to była Arabska impreza!!! A my w tych pomarańczowych burkach z odkrytymi nogami i włosami…. Epic fail.

wtorek, 28 stycznia 2014

Festiwal Doświadczeń Tymczasowych i Afterparty

Grupa taneczna nam się rozpadła. Z sześciu osób zostały tylko trzy - Jeremy, Bronwen i ja. Jeremy wyczaił Festiwal Doświadczeń Tymczasowych i strasznie chciał, żebyśmy tam wystąpili. Mieliśmy tydzień na przygotowanie performensu. Planowaliśmy się spotkać na sali i tańczyć, ale że wszyscy byliśmy chorzy to ostatecznie próbę przeprowadziliśmy w bardzo ciasnej kuchni. Jeremy chciał, żebyśmy tańczyli w pudełkach po lodówkach, Bronwen miała wielką ochotę na taniec z porem lub złotą rurą, a ja się upierałam że będę ludziom stawiać tarota i dawać taneczną interpretację wróżby. W przeddzień występu dołączyła do nas Camille (moja sąsiadka, nauczycielka, szamanka, czarownica) i wpadliśmy na nowy szałowy pomysł. Postanowiliśmy, że zrobimy śnieżny rytuał. Ubraliśmy się w białe sukienki i futra i wnieśliśmy na scenę piękną, wielką przezroczystą miskę pełną śniegu. Potem wzięliśmy śnieg w dłonie i stanęliśmy w bezruchu czekając aż śnieg się stopi. Jak ktoś nie może wytrzymać zimna to podaje śnieg osobie z publiczności i bierze nową porcję. I tak w kółko aż śnieg w misce się skończy. Publiczność miała przeróżne reakcje. Jedni trzymali snieg z medytacyjną powagą, inni podawali śnieg następnej osobie, ktoś rzucił w nas śnieżką. Na koniec przeszliśmy się pomiędzy widownią i dotykaliśmy ludzi naszymi zmrożonymi dłońmi :)

 Od lewej: Jeremy, Bronwen, Kinga i Camille


Tamira była organizatorką festiwalu. Jej performens polegał na podniesieniu zniszczonej świątyni. Świątyni, którą stanowił dla niej dom dziadków. Ten dom został zburzony. Przyniosła odłamki cegieł, jakie z niego pozostały i ułożyła z nich drogę prowadzącą do trójkątnej przestrzeni zbudowanej z wielkoformatowych obrazów. Ustawiła swoich rodziców po dwuch stronach światyni, a sama weszła do środka. Przypominało mi to ustawienia Hellingera, albo prace Jodorowskiego. Tamira zaprosiła widzów, żeby odwiedzili ją w świątyni. Kiedy znalazłam się w środku czułam silną obecność, żal, żałobę, opłakiwanie. Pomyślałam o mojej świątyni. O wszystkich domach, które miałam i których nie miałam. O mojej bezdomności, która z jednej strony daje mi wielką wolność a z drugiej strony jest przekleństwem, niemożnością zakorzenienia. O tym, że dla mnie świątynią jest ziemia moich dziadków. Mówię ziemia, bo sama działka bardzo się zmieniła - babcia wykarczowała wszystkie drzewa. Spalił nam się domek, w którym z Agatą spędziłyśmy wszystkie dziecięce wakacje. Sprzedaliśmy pół działki. Ale mimo tych wszystkich zmian jest to dla mnie dom. Dom, do którego się wraca, ale nie dom, w którym się mieszka. Dom, w którym się mieszka jest nadal work in progress. Bardzo mnie uwiódł projekt budowy własnej świątyni i pielęgnowania boginii w sobie :) Może kiedyś dorosnę do takiego domu.


A to jest zdjęcie z wykładu. Przez cały dzień trwania festiwalu każdy kto chciał mógł przez 15 minut zaprezentować jakąś myśl, która go jara. Kalan opowiadiadając o filozofii wykonał mały performans, w którym obnarzył swe ciało i zakrył twarz.  



Cały ten event był stworzony bez pieniędzy. Była darmowa szkoła, darmowy posiłek (z jedzenia ze śmietnika), darmowe performansy i darmowe koncerty. Loft też ktoś udostępnił za darmo.
Żadnej promocji, jedynie prywatny event na facebooku. A przyszło full ludzi. Full naprawdę dobrych ludzi. I w bardzo różnym wieku. A sukces polegał na rozpoznaniu tego, że podstawą tworzenia jest energia.

***
Afterparty chez moi. Teatrzyk lalkowy z zabawek, czaszek i śmieci.
"Against the couple form"

Ten epizod ostatecznie skradł moje serce. Kalan gra na harmonijce ustami i na 2 fletach nosem....
Kalen zapytał nas co czytamy. Ktoś mówi, że Chomskiego, ja, że Unberable lighness of being, ktoś że coś o dialogu. I z tego powstała impresja o tytule "fucking together lightness. Linguistics Hegemony". Wystąpiły w niej kukiełki zrobione z kamykówi i szmatek.
"Spiritual realism & object oriented ontology part 4".
Kucyk Pony ma głęboko w dupie patyk z flagą amerykańską.
 <3 cute!

 <3333
 Kalan zarabia na życie robiąc teatrzyk kuliełkowy w nowojorskim metrze.



piątek, 17 stycznia 2014

Chory post


Jestem w autobusie. Zauważam w śmietniczku kiść czerwonych winogron. Nie są najświeższe, ale nadają się do jedzenia. Dyskretnie zanurzam rękę w śmietniczku i zaczynam je skubać. Już mam włożyć sobie do buzi tę słodziutką czerwoną kuleczką, kiedy zauważam, że z sąsiedniego siedzenia patrzy na mnie J.W.  Jeśli by podzielić mężczyzn na ludzi i glisty, J.W. zdecydowanie znalazłby się w grupie glist. Czuję jak jego pełen pogardy wzrok świdruje moją prawą rękę, która przed chwilą była w śmietniczku, a teraz dotyka moich warg. Przez ułamek sekundy wstyd zalewa moje ciało. Szybko jednak zmieniam front. Co to kurwa ma być, że ten popierdolony trep mi będzie dyktował jak ja mam się czuć. O nie! Ja wiem lepiej, że te winogronka się świetnie nadają do jedzenia. Widzę, że nie są ani zgniłe, ani brudne. Jest to kluczowy moment w moim śnie. Otóż w tymże momencie to ja przejmuję kontrolę nad następstwem wydarzeń. Wstrzymuję oddech a powietrze, które utknęło w moich płucach powoli nasiąka nienawiścią wobec oceniającego wzroku J.W. Robię wydech. Rozluźniam mięśnie i patrząc prosto w oczy J.W. wkładam sobie winogronko głęboko do ust. Przełykam, nie mrugam. Podczas gdy owoc swobodnie spada na dno mojego brzucha, twarz J.W staje się coraz jaśniejsza, aż w końcu pojawia się na niej życzliwy uśmiech. Odnotowuję sukces. Ciągle śpię, ale teraz mam już pewność, że jest świadomy sen. 

Zanim otworzę oczy i przełknę ślinę myślę sobie pliiiiiiis, żeby to był ten piękny dzień, kiedy wreszcie wylezę z łóżka i będę tańczyć i kręcić się w kółko i przytulać się z kolegami, i roznosić ulotki i jeździć rowerem. No, ale chuj. Niestety. Jest to czternasty dzień kiedy budzę się z flegmą w gardle. Chcę, żeby mi amputowali szyję. Ale jak ja będę wyglądać bez szyi?

Z listy życzeń przynajmniej jedno się spełniło. Przyszli koledzy. Bronwen i Jeremy są chorzy na to samo co ja, więc mogą bezstresowo siedzieć w moim łóżku. Bo oni przyszli bo robimy jutro performens na festiwalu tymczasowych doświadczeń. No i trzeba było sprawy obgadać. W sensie wymyślić co to będzie za performens. W związku z marnym stanem naszego zdrowia  zdecydowaliśmy, że ubierzemy się na biało i będziemy w bezruchu trzymać w rękach śnieg aż się stopi. Pewnie nie polepszy to naszego stanu zdrowia, ale może dobrze wpłynie na ducha.

Nie żeby to były jedyne osoby, któtre widziałam przez ostatnie 2 tygodnie. Był Brooks, przyniósł kwaśne żelki. Była Christina opowiedziała historię o nowo poznanej koleżance czarownicy, której w Meksyku dziki koń odgryzł sutka. A mój współlokator Josh podłączył magnetowid do rzutnika i obejrzeliśmy Czarnoksiężnika z Oz na dużym ekranie. Wiedzieliście, że Judy Garland jest ikoną gejowską? W sensie, że geje w latach 40 w Ameryce oglądając ten film się z nią utożsamiali i też chcieli się przenieść „over the rainbow”! http://www.youtube.com/watch?v=PSZxmZmBfnU. Nawet było w tamtym czasie w gejowskim slangu takie powiedzenie „kolega Dorotki” :) Jak dla mnie to lew bardziej się nadaje na gejowską ikonę niż Dorotka, ale co ja tam się znam. Mniejsza o to. Oglądam ten film i oglądam i nie mogę ogarnąć jak oni to nakręcili, że wszyscy mieszkańcy krainy Oz wydają się tak dużo mniejsi od Dorotki? O głupia Kingo, otóż to nie jest żaden operatorski chwyt. Oni zatrudnili do tego filmu 130 karłów! A potem dali im jedną gwiazdkę na chodniku w LA.

Jak na przykład ktoś ma super pyszną czekoladę to może albo ją od razu zjeść w całości skoro jest taka pyszna, albo może zjeść tylko kawałeczek a resztę zachować na później, żeby mu na dłużej starczyło. Ja w przerażającej ilości przypadków oczywiście należę do tych co zjadają czekoladę od razu nad niczym się nie zastanawiając. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest Twin Peaks. Otóż Twin Peaks to jest mój ulubiony serial, którego nigdy nie obejrzałam do końca. Widziałam wszystkie filmy Lyncha (poza Diuną, której nie zamierzam oglądać). Niektóre z nich wiele razy. Twin Peaks zaczęłam oglądać z Bartłomiejem, czyli co najmniej 3! lata temu. No i oczywiście się zakochałam (w sensie w Agencie Cooperze) i postanowiłam nie oglądać tego serialu do końca tylko go sobie zachować na gorsze czasy. Otóż zdaje się, że gorsze czasy nadeszły. Trzeba było działać. Odkąd wiem, kto zabił Laurę Palmer czuję się z jednej strony spełniona, ale z drugiej strony też zasmucona, że może już może już mi tak dużo „pierwszych razów” nie zostało. W intrenecie krążą plotki, że Lynch kręci trzeci sezon. Niestety jego agent zaprzecza.

Ale wracając do czekolady, to mój współlokator znalazł dziś śmietnik peeeeełen batoników. Mówi, że było można w nich pływać. A na dodatek wszystkie były organiczne. Już miał garściami te batoniki pakować w kieszenie, kiedy się zorientował, że KAŻDY z nich został przecięty a biały pył który je pokrywa to wybielacz w proszku.




piątek, 3 stycznia 2014

Co ja robię tu u u? Co ty tutaj robiiiiiisz?


Kurwa. Odczuwalna -41. Byłam dzielna. Nie załamałam się od razu. Spróbowałam. Założyłam kombinezon narciarski, zniosłam mój rower po stromej oblodzonej klatce schodowej i pojechałam rowerem do pracyy. W czwartki zajmuję się hangoutowaniem z moim autystycznym znajomym Stefanem. Bardzo go lubię i zawsze chodzę do niego z przyjemnością. Przez godzinę oglądamy High School Musical a potem idziemy na kanapki do Subwaya. Stefan wita wszystkich napotkanych na naszej drodze przechodniów. Każdemu chce uścisnąć rękę, czasem się udaje! W Subwayu wszyscy nas znają. Zamawiam mu kanapkę z indykiem na razowym bez sosu i dajet kole. Sobie kupuję elgrej i marchewkowego mafina. Potem siadamy na parę godzin i ja rysuję to, o co on mnie poprosi – ludzi, którzy poślizgnęli się na skórce od banana, pana sprzedającego lemoniadę, chłopca, który spadł ze schodów, ludzi śpiewających hymn Kanady – wszystko co robi dużo hałasu. Uwielbiam tę część naszego czasu razem, zawsze czekam w napięciu na nowy szalony pomysł co do rysunku. Potem jak nam się po 3 godzinach zaczyna nudzić idziemy do sklepu z kostiumami, w którym pracuje Christina. Christina jest moją przyjaciółką (to ta od historii z maczetą), która pracowała ze Stefanem przede mną.  Kiedy ją odwiedzamy, Stefan prosi ją, żeby założyła koronę i zeszła po schodach, podczas kiedy on i ja będziemy robić dla niej fanfary. Kupa śmiechu i ubaw po pachy. Ale wczoraj... Półżywa dojechałam do domu Stefana i jego mama była bardzo zdziwiona, że się pojawiłam w taką pogodę. Wyprawa do Subwaya została odwołana z powodu mrozu. Zamiast tego przez 5  godzin oglądaliśmy High School Musical czy tam inny serial dla modnych nastolatek. Jest to tortura nie tylko ze względu na seksistowską treść i żarty polegające na obrażaniu i poniżaniu swoich przyjaciół. Jest to tortura, gdyż Stefan wybiera sobie jeden z tych świetnych żartów i w kółko go przewija i oglądamy ten sam dialog 20 razy, uczymy się kwestii, dzielimy się na role i wcielamy się w nastoletnie gwiazdy z ekranu. Zazwyczaj robimy to przez godzinę. I wtedy nie narzekam. Ale wczoraj… po pięciu godzinach miałam mózg na lewej stronie. Odliczałam minuty do końca. Kiedy się skończyło już miałam dosiadać mojego rumaka, kiedy się zorientowałam, że zamek zamarzł. Kurwa. Oczywiście, że zamarzł. Nie wiem co ja sobie myślałam jak się zabierałam za jeżdżenie rowerem w taką pogodę. No nic. Po 15 minutach chuchania do środka zamka lód puścił. Pojechałam do sklepu zrobić wielkie zakupy, żebym już nigdy więcej nie musiała wychodzić na ten dwór. Jadąc do domu miałam wrażenie, że mi wiatr wciska w twarz połamane szkło i że się w lustrze nie poznam (o ile kiedyś w ogóle dojadę).   

Nie ma idealnego miejsca. Idealne miejsce do mieszkania nie istnieje. Zawsze jest coś off. Tutaj jest pogoda jest off. Tak się bronię przed pukającym do głowy pytaniem „Co ja tutaj robię?”

***
Obok komputera leży na moim biurku nowopoznany niebieskooki Amerykanin, którego prapradziadkowie pochodzili z Polski. Leży i śpi. Śpi w szaliku, który zrobiła na drutach jego polska praprababcia dla jego polskiego prapradziadka, kiedy ten miał iść na wojnę. Ale zamiast na Syberię wysłali go w ciepłe kraje i nigdy mu się ten szalik nie przydał. Za to mojemu koledze szalik przydaje się bardzo bo w Montrealu jest bardzo zimno. Kolega przyszedł do mnie z niezapowiedzianą wizytą. Wyciągnął dyktafon i nagrał ze mną wywiad dotyczący mojego życia w Montrealu. On mnie pytał po angielsku a ja mu odpowiadałam po Polsku. On nic nie zrozumiał. Było zabawnie. Dałam mu herbaty i czekolady po czym opowiedziałam mu o czarnych Polakach na Haiti. A teraz on śpi na moim biurku. Nie jestem pewna dlaczego wybrał to miejsce do spania,  ale wpakował się w jakąś słabą sytuację z mieszkaniami wynajął 2 mieszkania z tym, że w żadnym z nich nie chce mieszkać. I chyba dlatego śpi na moim biurku. Pomyślałam, że musi być mu niewygodnie więc zaprowadziłam go do naszego piętrowego łóżka dla gości.

***
Wróciłam właśnie z Sylwestrowej wycieczki. Pojechaliśmy do znajomych na działkę w górach nad jeziorem. Nareszcie udało się wyrwać z miasta. Dali mi takie specjalne przyrządy co się zakłada na buty, żeby łatwiej chodzić po głębokim śniegu. Kiedy stanęłam  na zamarzniętej tafli jeziora i zobaczyłam otaczającą mnie przestrzeń nagle zrobiło mi się więcej miejsca w mostku i poczułam jak rozluźniają mi się mięśnie wokół szyi. Całe moje pole widzenia wypełnił księżycowy krajobraz. Pozbawiony ciepła, koloru i dźwięku. Nic dziwnego, że Innuici mają ponad 20 słów na śnieg. Jezioro było w całości przykryte jedną gęstą, szarą chmurą. Leżałam na śniegu na środku jeziora i spijałam z nieba pustkę oczami i ciszę uszami. Kiedy wybrałam się na podbój lodowych wysp śnieg pod moimi stopami robił taki dźwięk jakby go bolało, że po nim chodzę.
Wzięłam ze sobą aparat, ale migawka zamarzła więc nie ma zdjęć.
***

Były święta. To już trzecie święta poza domem. Był śledzik były kolędy i były dary. Dostałam od Brooksa czerwoną komodę a w czerwonej komodzie zielony karnet na 3 miesiące jogi! Juhuuuuuu! Ja w tym roku nie miałam pieniędzy na prezenty więc dałam mu własnoręcznie uszytą różową smoczycę ze srebrnymi skrzydłami.
W pierwszy dzień świąt przyjechała mama. Mama kryminalistka przemyciła w walizce ogórki kiszone, nalewkę pigwową i dżemik dyniowy własnej roboty. Władze kanadyjskie się nie skapnęły. No i w związku z tym mniam mniam pyszotka miałam dziś ten dżemik na śniadanie do owsianki. Mama przywiozła ze sobą dużo ciepełka i dużo wspaniałych darów. Jej przyjazd był wakacjami od wszystkich napięć i trosk. Zwiedzałyśmy muzea, poszłyśmy do cyrku Solei!, objadałyśmy się pysznościami i wylegiwałyśmy się w łóżku oglądając jakże wciągający serial Homeland. Matka wariatka przyjechała tylko na 5 dni :(((( Więc teraz muszę zrobić back to reality i się zastanowić co ja mam ze sobą począć na tej Syberii...