Translate

wtorek, 17 grudnia 2013

Zima zima zima pada pada


Niby pochodzę z Polski, więc wydawało mi się, że w kwestii śniegu niewiele mnie może zaskoczyć. Ale myliłam się. Kanadyjska zima to jednak wydarzenie zupełnie innej skali. Mieliśmy w tym tygodniu pierwszą prawdziwą śnieżycę. Przez 2 dni padał sypki lekki, piękny i puszysty śnieg. Taki śnieg jak z bajki o Mikołaju. Taki śnieg, który ma się na myśli mówiąc "białe święta". I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na widok tego śniegu jakieś dziecko przeze mnie przemówiło i pierwszy raz od kilku lat zachciało mi się prawdziwych, rodzinnych świąt. Zasypało wszystkie ulice. Zasypało mi rower. Zasypało nam schody. Śniegu nie przesadzam było po pas. Ale kanadyjczycy byli na to przygotowani. Moim ulubionym wynalazkiem są takie specjalne jednoosobowe samochodziki - takie jak w supermarkecie, tylko, że do odśnieżania chodnika. 

Okazało się, że w naszym pokoju gościnnym brakuje jednej cegły w ścianie i naśnieżyło się nam do środka... Na szczęście mój roommate uratował sytuacje. Zapchał dziure plastikiem i szczelnie zakleił - więc nie martw się mamo jak przyjedziesz to w domu nie będzie śniegu. 

Przez większość życia mój stosunek do śniegu był raczej wrogi. Jednak teraz ku mojemu zaskoczeniu, kiedy zobaczyłam tyyyyle śniegu to nie wahając się ani sekundy założyłam moje obcisłe, różowe spodnie narciarskie i rękawice o wdzięcznej nazwie "heat machine" i z wielkim zapałem poszłam się pożądnie wytarzać. Kiedy dotarłam na górkę dowiedziałam się, że tutaj nie zjeżdża się na sankach tylko na plastikowym hm... magicznym dywanie. Jest to cienki kawałek plastiku wielkości karimaty, który można kupić za dolara. Kładziesz się na tym głową w dół i zjeżdżasz na pingwina. Baaaardzo fajne. O ile nie trafisz głową w zaspę. 

Inną zimową atrakcją, z którą przyszło mi się zmierzyć jest ... jeżdżenie po śniegu rowerem. Tak. Ludzie to o dziwo robią. Ciągle jeszcze nie wiem jak oni to robią. Ale próbuję. Jest - 15. Dzień rozpoczynam od odkopania roweru z zaspy. Jeżdżę wolno środkiem jezdni, śpiewam sobie kolendy. Dzikie bestie wgryzają mi się w policzki i leją kwasem w oczy. Wszyskie samochody na mnie trąbią. Staram się skupić na kolendach, ale zazwyczaj kończy się na bluzgach.

A skoro mowa o śniegu to słuchałam ostatnio audycji o drukarkach 3D, które podobno zrewolucjonalizują świat. Prezenter radiowy udał się do takiej drukarni i zapytał o najbardziej ekscentryczne przedmioty jakie wyszły z paszczy drukarki 3d. Rozmówca na to, że właśnie wydrukowali gigantyczny płatek śniegu... 

***

Moje pierwsze wizualizacje na żywo :D na koncercie Chiasmy - zepołu Christiny. Tu można sobie posłuchać https://soundcloud.com/chiasma. Miałam stolik zastawiony różnokolorowymi płynami i czułam się jak czarownica ważąca magiczne eliksiry :))

Meghan <3<3





wtorek, 10 grudnia 2013

Powrót Bloga

Wiem, że wiele osób (w tym ja) straciło ostatnią resztkę nadzieji. Już mu miałam scyzoryk pod rzebra wpakować, już mu chciałam pieniążki w oczy wcisnąć, odepchnąć od brzegu i rzucić krzyżakiem na drogę. Ale dobrą nowinę niosę. W ostatniej chwili zdecydowałam się na usta-usta. Zanim się zacznę ze wszystkiego spowiadać - ładny obrazek na przeprosiny.

 

Zatem jeśli ktoś był ciekawy to mój blog nie umarł. Mama mówiła: "Kinga, jeśli blog umarł to przynajmniej go przyzwoicie pochowaj. Nie tak cię wychowałam." (Oj mądra ta moja mama!) Przyznaję, świeżbiły mnie ręce, żeby go żywcem pogrzebać, ale nawet tego nie mogłam zrobić. Czarna niemoc mnie ogarnęła. Dlaczego? Otóż, ambicje wyprowadziły mnie na manowce. Chciałam, żeby ludzie czytali... Dużo ludzi jak najwięcej. I uparłam się, że żeby ludzie czytali to musi być dobrej jakości. Musi poziom trzymać. A żeby poziom trzymać trzeba się przykładać. A przykładanie boli rzecz jasna. 
I egoizm mnie wyprowadził na manowce też. Bo zgłaszali się do mnie ludzie, którzy chcieli czytać a ja postanowiłam nie pisać, bo mi się zdawało, że wszystko jest niewystarczająco interesujące albo ekshibicjonistyczne. I żeby ochronić siebie przed potencjalną chańbą wyprodukowania szmaty pozbawiłam innych możliwości czytania. Brzydko Kinga. Fe z Twojej strony. 

Poszłam jednak po rozum do krowy i od tej pory sprawy mają się inaczej. Po pierwsze, wykminiłam, że żeby napisać/ stworzyć coś "dobrego" trzeba najpierw narobić trochę gówna. Otóż prawda jest taka, że wszyscy, nawet ci najlepsi robią kupę. Do takiej mądrości życiowej doszliśmy z naszą grupą taneczną po 3 miesiącach intensywnych prac nad spektaklem. Druga myśl, która powstrzymała mnie przed dokonaniem mordu na moim blogu dotyczyła przeformułowania przyczyny dla której piszę.
Wstyd się przyznać, ale przez pewien czas pisałam po to, żeby mnie ludzie głaskali. Żeby znaleźć potwierdzenie w świecie, że to co robię jest dobre, lub przynajmniej interesujące. Ale okazało się to niezwykle stresujące i paraliżujące. Szczęśliwie odkryłam jednak, że istnieją lepsze powody dla których warto pisać/ tworzyć. Na tą (tę?) chwilę moim ulubionym powodem jest chęć, żeby się dzielić z innymi. W szczególności z osobami, które są dla mnie ważne. Chcę, żeby moja rodzina i przyjaciele (oraz ktokolwiek inny, kto ma ochotę) mogli przy pomocy opowieści znaleźć się trochę bliżej mnie.

Nauczyłam się tego podczas pracy nad naszym spektaklem. Do tej pory wszystkie występy w jakich brałam udział były wyreżyserowane przez kogoś, a ja jedynie odtważałam czująś wizję. Tutaj po raz pierwszy miałam okazję ułożyć solo od początku do końca takie jakie chciałam. Trochę się na początku przeraziłam. Boooże... O czym to ma  być? Jaki to ma być taniec? Do jakiej muzyki? Zaczęłam od pytania - co się ludziom spodoba, jak to będzie pasowało do spektaklu. Bardzo zgubny punky wyjścia. Na szczęscie w porę się ogarnęłam i zrozumiałam, że muszę zrobić coś czym ja się będę jarać. No a co by o mnie nie powiedzieć gust mam wyrobiony, zainteresowania ostro skonkretyzowane i doskonale wiem czym się jaram. Więc zadanie jest proste. Solo będzie o szmanizmie, zwierzęcości, histerii, schizofrenii, brzydocie, kobiecości i seksualności. Dużo czasu i energii poświęciłam na to, żeby te tematy przemyśleć i przerobić w ruchu, więc czemu miałabym się nie podzielić. I podziałało. 

Zastosuję tę strategię również wobec mojego bloga i zamiast go porzucić, użyję go jako możliwość podzielenia się tym, co mi robi mrówki na plecach i pozostania w kontakcie z ludźmi, którzy są mi drodzy. O. Taka to deklaracja. A jeśli to nie podziała i mimo to z jakiś tajemniczych przyczyn nie znajdę mocy do pisania raz w tygodniu, to nie będę się dłużej okłamywać i dokonam eutanazji. Może z czasem narodzi się coś nowego.


Ale póki co - woda, życie, te sprawy.