Translate

wtorek, 30 kwietnia 2013

Maczeta

Mieszkalam u Christiny przez ostatni tydzien mojego jesiennego pobytu w Montrealu. Bardzo pomogla mi pozbierac sie po dramie z Brooksem. Bylysmy blisko. Ale kiedy wybiegalam z jej mieszkania spozniona na samolot do Kolumbiii bylam pewna, ze jest to moment, w ktorym nasze drogi sie rozchodza - jesli nie na dobre, to przynajmniej na dlugo. Jednak zupelnie niezaleznie od moich intencji, trajektorie naszych lotow pozostaly rownolegle. Zaobserwowalam niedawno, ze odkad wyzwolilam moje zycie z regularnego harmonogramu codziennych zadan, odtad moj los calkowicie samodzielnie i bez mojego udzialu zaczal synchronizowac sie z losem mojej rodziny i przyjaciol. Jednym z przykladow na ro jest wlasnie historia z Christina. Jak sie niedawno dowiedzialam ona wyjechala na polnoc niedlugo po mnie. Udala sie w miejsce, gdzie pierwotnie ja chcialam jechac, czyli do Meksyku. Jakby tego bylo malo, wrocilysmy do Montrealu w tym samym tygodniu. A teraz znowu i niej mieszkam. 

Kiedy po powrocie stanelam znowu pod jej klatka, na drzwiach przyklejona byla mala karteczka z wiadomoscia: "Welcome Kinga! Come upstaits!". We framudze znalazlam deskorolke z rozowym napisem "Obsession", ktora powstrzymywala drzwi przed zatrzasnieciem. Zabralam ja i weszlam na gore. Po dlugim uscisku padly standardowe pytania, co u ciebie, jak sie udala podroz? Ja ze cudownie, ona ze nienajgorzej. Jeszcze zanim zdjelam buty dowiedzialam sie, ze ona tez zostala okradziona. Widze, ze cos nie tak, ale nie pytam. Pozwalam opowiesci wydarzyc sie w swoim wlasnym tepie. 

Jestem w kuchni i rozpoczynam krojenie mojego ulubionego zielonego warzywa - po angielsku "kale", po polsku "jarmuz". Opowiadam Christinie o mojej kradzierzy. Tlumacze jej jak sie z tym pogodzilam. Probuje ja przekonac, ze to nie wazne, ze na pewno miala mnostwo pieknych przygod, ktore przyciewaja ten przykry incydent. Z reszta wiadomo, ze w Ameryce Lacinskiej kradna. Zatem wszystko zgodnie z planem, nie ma sie co przejmowac. Tak do niej wielce siebie pewna przemawiam, ale Christina nie wydaje sie podzielac mojego zdania. Ona cos mruczy pod nosem, ze tak, ze bylo duzo pieknych miejsc, pieknych ludzi, ale ze od dluzszego czasu wlewa jej sie jak woda do nosa nieszczescie za nieszczesciem i, ze wpadla w wir niefortunnych zdarzen i ze juz troche brakuje sily. Slucham jej i kroje sobie to moje ulubione warzywo, a wtedy ona podnosi glos i rece. Przed oczami stoi mi wielka, purpurowa blizna na jej prawym przegubie. Blizna jak u pirata, jak u bandziora, cpuna. Blizna po nozu. Przestaje kroic. Christina wklada mi teraz przed oczy swoje palce. Wygladaja na zagojone. Ale nie czuja i nie zginaja sie do konca. Szczelnie zakrywam usta dlonmi. 

Christina bedac w Meksyku pojechala do dzungli, by zobaczyc slynne piramidy Majow. W hostelu zapoznala kilka ciekawych osob. Nowy kolega Meksykanin zaproponowal, ze zabierze ja i jej dwojke przyjaciol Lucasa i Katy na jungle walk do goracych zrodel - on zna droge. A zeby jungle walk byl jeszcze bardziej kolorowy, zaproponowal im magiczne grzybki. Z grzybkami w Ameryce Poludniowej to nie jest jakis tam wielki deal, jak u nas. Tam sie je duzo grzybkow. I grzybki w rozsadnej ilosci to mily, lagodny narkotyk, wiec Christina i znajomi z radoscia akceptuja oferte. Meksykanin prowadzi ich wglab dzungli. Docieraja na miejsce, wskakuja do wody. Christina jest z zawodu klaunem i pracuje w Montrealu wielce odjechanym sklepie z kostiumami. Kiedy zanurza sie w goracym zrodelku ma na sobie swoja ulubiona wlochata brode. Zatem jest z broda na grzybkach. A na grzybkach, jak wiadomo przychodzi do ciebie wiele rewolucyjnych mysli. No wiec Christina siedzac w tej cieplej wodzie doswiadcza wlasnie jednej z tych mysli. Mysli sobie ona, ze w jej zyciu dominuje zywiol wody. Ze inne elementy sa zaniedbane. Ze ciagle daje sie niesc z pradem rzeki. Ze ma dosyc wiecznego dryfowania i pragnie czegos stabilnego. Potrzebuje czuc sie zakorzeniona, slina, stala. Potrzebuje energii ziemi. Zanurza reke i siega dna. Wyciaga kamien. Trzyma kamien w piesci, gapi sie w kamien i staje sie kamieniem. Kiedy ona przemienia sie w skale, kolega Meksykanin informuje ja, ze idzie do wioski po fajki. Dlugo go nie ma, ale wlasciwie to nie wiadomo, czy dlugo, moze tylko jej sie to zdaje? Zamiast kolegi przylatuje do Christiny wielka pszczola. Najwieksza pszczola jaka Christina widziala w zyciu gapi sie jej prosto w oczy i robi wielkie, glosne bzzzzzzzzzzzy. Zaraz potem, jak Christina odgania wieszczaca pszczole, widzi przed soba wielkiego Meksykanina z maczeta. Mezczyzna jest polnagi, gruby i slepy na jedno oko. Christina wychodzi z wody i idzie w strone swojej torby. Ma na sobie stroj kapielowy i brode. Zaklada torbe na ramie. Mezczyzna zachodzi jej droge. Chce jej torbe. Ale Christina ciagle jest skala i nie chce dac torby. Slyszy czyjs glos za plecami. Odwraca sie i widzi swojego znajomego Lucasa, ktory trzyma nad glowa wielki kamien i mierzy nim w goscia z maczeta. Ale ten drugi jest szybszy. Strzela w chlopca z procy. Strzela celnie, malym kamykiem. Trafiony wypuszcza z rak wielki kamien. Kiedy to sie dzieje Christinie jakims cudem udaje sie schowac pod pacha aparat i wsadzic do stanika troche kasy. Christina poza tym ze jest klaunem, jest takze cudownym muzykiem. W torbie, ktorej tak zawziacie broni ma rekorder z nagranymi jamami, rozmowami, dzwiekami morza i dzungli, bardzo nie chce go stracic. Probuje uciec. Mezczyzna z maczeta zaczyna ja gonic. Biegna przez dzungle. Christina potyka sie pare razy. Z torby wypada rekorder. Nie podnosi go. Rezygnuje z ratowania rekordera. Ratuje juz tylko siebie. Mezczyzna ja dopada. Christina pokazuje mu, ze nic nie ma w torbie. Sklada rece w pacierz, placze, podchodzi do niego najblizej jak tylko sie da patrzy mu gleboko w oczy i blaga o litosc. Wtedy on podnosi maczete i scina pusta torbe z jej ciala. Przecina nie tylko pasek torby, ale takze rece Christiny, ktore probuja sie bronic. Mezczyzna zabiera swoje trofeum i odchodzi. Christina zawija szalikiem swoje na pol odciete palce, odnajduje swoich przyjaciol, ktorzy tez zostali okradzeni i razem z nimi jedzie na stopa do szpitala. Lekarz slyszac jej historie rzuca "Hm... Wyglada na to, ze nie mialas dzis duzo szczescia...". Christine wkurw bierze "Nie mialam szczescia? Co ty pierdolisz? Mialam bardzo duzo szczescia! Ciagle, zyje." 

Wkrotce po incydencie z maczeta kradna z hostelu Christinie wszystko co ze soba ma. Lacznie z paszportem i portfelem. Zostaje jedynie z gitara. 

Musi sie skontaktowac z rodzina. Jak jak im to opowiedziec? Tak bardzo prosili ja zeby nie jechala do Meksyku. Tak bardzo martwili sie, ze cos jej sie stanie. No i sie stalo. Tata reaguje dobrze. Ale mama oczywiscie zadaje jej najglupsze pytanie swiata. "Dlaczego po prostu nie dalas mu torby?" Czy nie wystarczy juz, ze Christina sama codziennie zadaje sobie to samo pytanie?? 

Przy wsparciu rodziny Christina nareszcie wraca do domu. Przekracza prog przedpokoju i nie wierzy wlasnym oczom. Kolezanka, ktora wynajmowala jej mieszkanie nie tylko zwiala bez placenia, ale takze zostawila dom w ruinie. Okazala sie czarownica. Na wszystkich parapetach rozsypala 5centymetrowe korytarze z soli. Home, sweet home...

Kiedy historia dobiega konca ja nadal wciskam rece w usta. Christina opowiada o sobie, ale ja wiem, ze opowiada tez o mnie. Nie tylko moglaby to byc moja historia, ale to jest moja historia. To jest historia nas wszystkich, ktorzy w poszukiwaniu samych siebie zdecydowalismy sie na takie, a nie inne zycie. Ile razy bylam w sytuacji kiedy bylam pewna, ze tym razem to sie musi zle skonczyc?1 Do tej pory zawsze wychodzilam bez szwanku. Myslalam sobie, ze to moze moj aniol stroz. Ze mam super wypasionego aniola stroza, wiec nic mi sie nie moze przydarzyc. Innym razem stawialam na to, ze zaslugi nalezy przypisywac mojemu pozytywnemu nastawieniu. Ze ja po prostu nie mysle o zlych rzeczach i dlatego jestem chroniona. Ale to wszystko gowno prawda. Bo nieszczescia sie zdarzaja. I to, ze mi sie do tej pory nie przydarzyly to jedynie kwestia przypadku. Przypadku niczego innego. Bo zle historie sa gdzies tam dla nas wszystkich. Walaja sie po naszym podworku jak niedopaly po sylwestrze.  Ludzie pierdola, ze na calym swiecie zdarzaja sie zle rzeczy. ale w Polsce ludzie nie nosza przy sobie maczet, a w Ameryce Poludniowej tak. W Polsce nie ma dzungli. I to jest zasadnicza roznica. 

Christina poprosila mnie, zebym odebrala ja ze szpitala po operacji na palcach. Czulam sie wielka szczesciara, ze moge tam po nia pojsc, ze mam mozliwosc jej jakos pomoc. Zalozyli jej gips na lewe ramie. Wystaje z niego jedynie maly uroczy kciuk, a pod nim napis na gipsie: "Thumbs up!". Chujowo z tym gipsem, bo kazdy jak tylko widzi sie glupio pyta - "co ci sie stalo?" No i wtedy ona musi wyrzygiwac ta historia o ataku z maczeta, ktorej ma juz serdecznie dosyc. Ale mimo tego wszystkiego humor jej nie opuszcza. Wymiata jedna na pianinie prawa reka i lokciem lewej. Zakupila wlasna maczete i codziennie uzywa jej do krojenia warzyw. Zazyczyla sobie rowniez zeby jej zagipsowana reke przeorbic na pacynke. Namalowalam jej zatem na czubku dloni oczy, zrosniete brwi, zakrecone wasy i gigantyczne wykrzywione usta. Tym samym powolalam do zycia Eduardo.

 














czwartek, 18 kwietnia 2013

wykladzina

Po 2 nocach w autobusach, trzeciej na za krotkiej kanapie, a czwartej nieprzespanej, w koncu docieram na lotnisko w Maiami. Bola mnie plecy, mam goraczke, jestem nieprzytomna i zalamana stanem mojego organizmu. a jeszcze bardziej zalamana soba, ze to moje biedne cialo tak maltretuje - zupelnie bez sensu, bo przeciez tak bardzo je kocham. siadam pod oknem mojego gejta na podlodze wylozonej wykladzina, zdjemuje buty, zamykam oczy, robie joge, po czym padam na moj plecaczek zawierajacy jedyne 2 wartosciowe rzeczy jakie jeszcze posiadam - aparat i dysk ze zdjeciami - i usypiam. Mam 3 godziny do wylotu, wiec optymistycznie zakladam, ze jakos sie do tego czasu obudze. Usmiecham sie do siebie usypiajac na tej wykladzinie na Florydzie i mysle sobie, ze jest to najbardziej plaska powierzchnia na jakiej lezalam od dobrego tygodnia.

Budze sie 20 minut przed wylotem. Obok mnie lezy liscik. Zaintrygowana czytam: "Wybacz, ze jestem taka cipka... Strasznie chcialbym miec odwage po prostu posiedziec przy tobie i poczekac az sie obudzisz. Ale wstydze sie i stac mnie tylko na to, zeby podrzucic ten marny liscik. Pisze, bo obserwowalem cie odkad sie tu pojawilas i jestes niesamowicie urocza. Wyglasz na osobe, ktora bardzo chcialbym poznac, z ktora chcialbym sie zaprzyjaznic." Dalej chlopiec podaje swoj email. Cieplo mi sie robi w srodku. Czuje sie, jak na walentynkach w gimnazjum.
Taaaak. Chcialabym dozyc takiego dnia, ze bede w rownym stopniu urocza, co rozsadna i odpowiedzialna. ale to na pewno nie jest jeszcze ten dzien. czytam ten liscik, po czym rozgladam sie po ludziach w poszukiwaniu potencjalnego nadawcy. jeden z chlopcow odwzajemnia moj usmiech i daje mi dlugie oczy, po czym podchodzi i siada na wykladzinie obok mnie. pytam czy to on? on ze niestety to nie on. ale jest ciekawy lisciku, pyta czy moze zobaczyc. daje mu i chyba tez chyba troche sie wzrusza. Chlopiec wyjmuje kolorowe kredki z plecaka i ofiarowuje mi recznie robiona pocztowke. nie ukrywam przed nikim, ze lece na chlopca z kredkami. niestety lecimy w przeciwne strony. wiem ze jemu tez jest przykro, ale daje mi na pozegnanie bardzo miekkniego calusa w policek.

samolot rzuca nami po scianach. kontrolka zapiac pasy nie gasnie ani na sekunde. normalnie lubie turbulencje, ale wyjatkowo nie jestem w rozrywkowym humorze. katar wlazi mi do uszu i to jest powaznie oblesne. chce mi sie spac, ale nie moge spac, bo okno mi sie obija o glowe. po 3 godzinach rzezni laduje w Plattsberg NY. wysiadam i wtedy mysle ze cos tu powaznie nie gra... jest srodek nocy a mialam doleciec w poludnie.

-halo?
-tak, jestem idiotka. 12 am to 12 w nocy a nie 12 w dzien.
-kurwa.



ostatni autobus do montrealu odjechal godzine temu. musze poczekac do szostej. jest b a r d z o zimno. na szczescie stacja grayhound jakos bardzo dziwnie jest ulokowana w przytulnym hoteliku. jest tam cieplo, a co najwazniejsze - maja wykladzne. pan recepcjonista robi mi herbate. pytam go czy moge spac na wykladzinie. on, ze nie obchodzi go, gdzie bede spac. usmiecham sie, klade na podlodze i po 2 sekundach spie.
budzi mnie pukanie w sciane. hey miss twoj autobus przyjechal! dziekuje mu po hiszpansku i wychodze. slonce wlasnie wschodzi. swiat jest szaro pomaranczowy. bardzo piekny i bardzo mrozny.



dojezdzam do montrealu 12 godzin za wczesnie. dzwonie do Stef. Przeuroczo piszczy jak slyszy moj glos. Tak, poczeka na mnie wlasnie wychodzi do szkoly. Usmiecham sie bardzo bardzo szeroko do wszystkich ludzi w metrze.W koncu docieram do domu. Tak do domu. Tu jest dom. Moj ulubiony dom. Biore goracy prysznic, po czym spie caly dzien. Gdyby nie to, ze musze jesc przespalabym caly tydzien.


powroty sa byly dla mnie w przeszlosci bardzo trudne. w zasadzie za kazdym powrotem wjezdzalam prosto w depresje. spodziewalam sie zatem, ze i tym razem bedzie mi ciezko. Ze bede nieszczesliwa opuszczajac Ameryke Poludniowa.
ale nic z tych rzeczy. czuje sie nasycona i spelniona.
jestem szczesliwa. jestem szczesliwa. jestem szczesliwa. jestem szczesliwa.

szczesliwa. 

sobota, 6 kwietnia 2013

Pustynia, flamingi, kradziez i skurwysyny.

Martwy kaktus na pustyni solnej.  

***
Dawno dawno temu bylo tu morze. Potem zmienilo sie w slone jezioro. Dzis chodze po goracej, bialej pustyni. Pode mna 5 metrow skamienialej soli, pod sola woda. 



Maja tu niesprawiedliwie wielka ilosc cudow siata na metr kwadratowy. Wszystko jest tu absolutnie absurdalne. Miejsce tak dziwne, ze praktycznie pozbawione prawa bytu. Biala ziemia pokryta sola, ktora udaje snieg. Czerwona woda podszywajaca sie pod krew. Kamienie giganty, ktore chca byc drzewami. Spetryfikowane algi przypominajace skaly z Marsa. Siedmiokolorowe gory, ktore wydaja sie byc swoim wlasnym obrazem. Nic dziwnego, ze wlasnie to miejsce umilowal sobie Dali, jako inspiracje dla swoich pustynnych obrazow. Jedna z tutejszych pustyn ochszczono nawet jego imieniem. 






Bylam tam najszczesliwsza na swiecie. Od dawna przesladuje mnie obsesja pustyni. Utopia miejsca, gdzie idac przed siebie mozesz dojsc tam, gdzie nie ma juz nikogo i niczego. Moze wlasnie tam na koncu istnieje to nic. Zazdoszcze pingwinowi Herzoga. Temu pingwinowi, ktory na pustyni lodowej oddziela sie od stada i zaczyna spontaniczny bieg przed siebie. Biegnie sam w biala pustke na pewna smierc. Wariat czy geniusz. Wariat i geniusz. 


Moj drugi pustynny fetysz to "Gerry". Otoz w owym filmie dwoch przyjaciol o imieniu Gerry gubi sie na pustyni. Przez 2 godziny filmu ida przed siebie. I praktycznie "nic" poza tym sie nie dzieje. Prawie nie ma dialogow. Ale wlasnie ci dzielnie milczacy faceci maszerujac w ciszy przez pustynie wrzeszcza do ciebie swoje koszmarne, powolne umieranie. Bardzo piekny film. Ogladalismy "Gerrego" z Bartkiem dawno temu w teerze. Wiekszosc widowni po 15 minutach smacznie spala. Ale bylo kilka osob, ktore sie ze mna w tych samych momentach histerycznie smialy i plakaly. Niestety nigdy potem nie spotkalam juz nikogo, kto podzielamaby moj entuzjazm. Nawet przestalam go ludziom polecac. Ale jesli ktos zna takiego, kto kocha "Gerrego", to chetnie sie zaprzyjaznie.


Ale jeszcze zanim te dwa filmy obejzalam to jako 12latka pojechalam z mama i Tomkiem do Australii. Jechalismy kilka godzin samochodem po pomaranczowej pustyni nie mijajac po drodze nikogo ani niczego. Tomkowi sie chyba wydawalo ze sie zgubilismy, wiec zatrzymal auto. Wysiadlam z samochodu i zamarlam. Powietrze stalo. Mialam wrazenie, ze my tez przestalismy oddychac. Pierwszy raz w zyciu uslyszalam cisze. Spadla na mnie zupelnie niespodziewanie i zalala mi cale cialo. Bylo to jedno z bardziej znaczacych doswiadczen w moim zyciu. Dlugo potem ciszy szukalam. Moze znalazlam jej troche pod woda. Ale nic nie robi takiego wrazenia jak ta pustynna.


Zatem teraz, dziesiec lat pozniej, bedac w Boliwii pojechalam na pustynie po raz kolejny. Wybralam sie na zorganizowana wycieczke, czego nigdy nie robie, ale nie mialam lepszego pomyslu, jak sie na ta pustynie dostac. Wszystko, co moglo pojsc zle z organizacja mojej zorganizowanej wycieczki poszlo zle. Ale do samego konca dzielnie ignorowalam grupe i przewodnika. Wbijajalam pazury mojej uwagi w nature, ktora byla wszechobecna. Przez sam fakt tego, ze sie znalazlam na pustyni, bylam tak szczesliwa, ze wszystko inne nie mialo znaczenia. Trzeslam sie, skakalam, nie zwarzajac na nikogo robilam gwiazdy i trzaskalam miliony zdjec. Nie wiedzialam juz zupelnie, jak tu ta pustynie w siebie najlepiej wchlonac. Ostatniego dnia postanowilam zatem oddzielic sie od wycieczki i zostalam w schoronisku na granicy boliwijsko - chilijskiej na wysokosci 4600 metrow. Bylo ono polozone tuz nad magiczna laguna, ktorej woda w zaleznosci od wiatru zmianiala kolor z granatowego na pastelowo-turkusowy. Nie ma pradu, nie dzialaja telefony. Mieszkaja tam zaledwie 4 osoby. Myslalam, ze wlasnie tego mi trzeba na koniec mojej podrozy. Ciszy spokoju, samotnosci i natury w dozylnej dawce.



Niestety, kiedy przyszlo do placenia za nocleg zorientowalam sie, ze zostalam okradziona. 500, moze nawet 700$? Wyjeli z portfela kase, ale zostawili dokumenty. Najprawdopodobniej obrabowali mnie kierowcy albo turysci na postoju. Z reszta nie ma znaczenia kto. Nie zlapalam nikogo za reke, wiec nic nie udowodnie. Wybuchnalem placzem. To byly prawie wszystkie pieniadze, jakie mialam do konca wyjazdu. Kiedy tak glosno szlochalam, do mojego pokoju wszedl wlasciciel hostelu. Uslyszawszy co sie stalo, przytulul mnie tak mocno, ze ledwo moglam oddychac. Przylegl do mnie cala powierzchnia swojego ciala, po czym wessal mi sie ustami w szyje. Wyszeplal, zebym sie nie martwila, ze on mi moze dac duzo pieniedzy. Wyrwalam sie i powiedzialam, ze bardzo dziekuje, ale nie skorzystam. Kurwa, co jeszcze?? (nie lubie generalizowac, ale na zaczynam powaznie watpic w gatunek meski). Bylam tak rozstrzesiona, ze nawet nie mialam sily sie zastanawiac nad tym co on przed chwila mi zaproponowal? Czy to bylo czule pocieszenie po boliwijsku, czy tez propozycja prostytucji? Nie wiem i nie chce wiedziec. Utlkelam tam na tej pustyni, bez pieniedzy, sama z oblesnym dziadem w jednym domu. W nocy nie bylo swiatla. Zabarykadowalam sie w pokoju i ciagle sobie powtarzalam, ze musze ufac. Nic innego mi nie zostaje. Doczekalam teczowego wschodu slonca. Rano przyjechaly samochody z wycieczkami. Obcy ludzie po uslyszeniu mojej historii, bez proszenia dawali mi pieniadze. Wszystkie jeepy byly pelne, ale jeden kierowca sie zlitowal i zabral mnie do miasta. Jechalismy 5-osobowym samochodem w 8 osob. 4 z tylu, 2 w bagarzniku. Obok mnie siedziala boliwijska babulka, ktora wiozla na kolanach komputer stacjonarny, ktory kupila w Chile dla syna.

Kiedy nareszcie dotarlismy na miejsce poszlam do agencji, z ktora sie na te wycieczke wybralam. Bez pretensji, ale gleboko smutna i rozczarowana zapytalam sie recepcjonistki czy mi moze jakos pomoc. Dala mi niecale 10$ i kazala przyjsc nastepnego dnia porozmawiac z szefem. Szef jak tylko mnie zobaczyl, nie dajac mi nawet otworzyc ust, wydarl sie na mnie, ze jestem klamczucha, ze on pracuje 12 lat i nigdy sie cos takiego nie zdarzylo. Zatem nie ma innego wytlumaczenia jak to, ze wszystko zmyslilam i bezczelnie oskarzylam niewinnych ludzi o przestepstwo. A w ogole to jego przeze mnie cala noc bolala glowa.
O kurwa jak ja mu wspolczuje jego bolu glowy. Powiedzialam mu tylko, ze nigdy w zyciu nie spotkalam sie z takim skurwysynstwem i ze bardzo gratuluje zwyciestwa.

Mysle sobie, ze mam w zyciu tyle szczescia, ze ta kradziez jest w ogole nie istotna. Jakos sie przebujam do Kanady z tym co mi zostalo i co mi dali. I nie dam sie zadnemu dziadowi ograbic, z tego wszystkiego pieknego, co przezylam na pustyni. Nie mam watpliwosci, ze tak na prawde z tej wyprawy wrocilam o wiele bogatsza.

** wschod slonca nad gejzerami. wysokosc: 5000m.n.p.m. , temperatura: -15





**zatoka flamingow




A tu prosze mozna powdziwic jaka jestem dobra przyjacolka. Na flamingi zabralam ze soba Michaline. Bo nikt tak flamingow nie kocha jak wlasnie Michalina. Zatem stwierdzilam, ze nie wypada isc bez niej.