Translate

piątek, 25 stycznia 2013

Medellin

Sloneczne popoludnie. Siedzimy w parku z Danielem moim couchsurferem i pijemy piwko. Chlopcy obok nas skrecaja blanty na podelku od minihelikoptera. Wiadomo, nie mozna pic i palic w miejscach publiczynych, ale tu wszyscy spokojni, usmiechnieci i kulturalni. Rozmawiaja, nie rozrabiaja. Podchodzi pan policjant do mlodego czlowieka. Chce dac mandat, chlopiec nie chce mandatu. Zaczynaja sie klucic. Policjant wyrywa chlopcu piwko z reki i trach butelka chlopca w glowe.  Butelka peka. Glowa peka. Leje sie krew. Policjant orientuje sie co zrobil. I kurczy sie, kurczy sie w oczach, jak na Kingsjzie. Wycofuje sie i oddala w strone swoich kolegow jakby nigdy nic. Myslalby kto, ze zawolaja ambulans. Ale nie. Zawolali radiowoz. Mlodziez sie zrywa. Daniel tlumaczy mi, ze wszyscy, ktorzy widzieli musza stanac murem i pilnowac policjantow, zeby chlopcu sie wiecej krzywdy nie stalo. Robi sie gesto. Psy chowaja winnego za plecy. Chlopiec z dziura w glowie chodzi w kolko, bluzga i jeczy o ambulans. Nikt go nie slucha. Mlodziez sie gotuje. Powietrze bulgoce. Podchodzi do nas wiekszy policjant i mowi zebysmy sobie poszli, ze to nie nasza sprawa. Daniel, ze owszem nasza, ze martwimy sie o chlopca, ze sie boimy, ze mu policja cos zlego zrobi. A ten zwyczajnie mu w bialy dzien odpowiada z morda pelna jadu, zebysmy sie nie martwili, bo jakby chcial cos chlopcu zlego zrobic, to by do tego parku przyszedl po pracy, w cywilu i dwie kulki z radoscia by mu z glowe wpakowal.

czwartek, 17 stycznia 2013

Sama w Indianskiej wiosce

Pierwszego stycznia spedzilismy siedzac na chodniku obok autostrady w Palomino. Brooks zygajac, ja szydelkujac. Przez cztery godziny czekalismy na mojego Mamo. Zaprosil mnie, zebym przez jakis czas mieszkala w jego wiosce i pobierala u niego nauki duchowe. Brzmialo obiecujaco, ale staralam sie zbyt wiele nie oczekiwac. Przyjdzie - dobrze, nie przyjdzie - tez dobrze. Wszystko bylo pozamykane, Brooks i tak nie mogl sie za bardzo ruszac, wiec w sumie nie bylo nic lepszego do roboty niz siedziec na tym chodniku. Ale w koncu, z jednego z autobusow wysypala sie liczna, bosa, Indianska rodzinka. Mamo Augustin nawet nie spojzal w moja strone. Przemknal obok i zniknal za rogiem podazajac droga prowadzaca do dzungli. Na szczescie zauwazyla mnie jego zona. Poprosila zebym kupila jej duza kole, baterie i cos do jedzenia. Natychmiast po zakupach ruszyla w gory. Pospiesznie pozegnalam sie z Brooksem i popedzilam za nia. Dogonilysmy Mamo. Byl pijany i smierdzacy. Oj Mamo! - pomyslalam - to wszystko nie wyglada dobrze. W tym momencie moglam jeszcze pobiec na dol i rozgoryczona schowac sie w ramionach Brooksa. Jednak zdecydowalam sie isc dalej liczac sie z tym, ze bedzie inaczej niz sie spodziewalam, ale przeczuwajac, ze przynajmniej bedzie ciekawie. 

Powiedzieli mi, ze mamy przed soba godzinny spacer. Okazalo sie, ze byl to dwugodzinny ostry treck. Mamo poszedl przodem. Nie mial zadnych bagazy, wiec byl duzo szybszy od nas. Josefa - zona Mamo niosla ze soba wielka siate z zakupami i torbe z niemowleciem. Niemowle zygalo cala droge a ona  systematycznie, na kazdym postoju poila je kola. Drugie dziecko bylo w wieku okolo dwoch-trzech lat. Zlapalo mnie za reke i pociagajac nosem spojrzalo blagalnie w moja strone. Mialam bardzo ciezki plecak. Ale nie bylo wyjscia. Wzielam na barana i wnioslam pod ta gore.

Po przyjsciu do domu Mamo przywital mnie butelka rumu i na wstepie obdarowal mnie zdecydowanie zbyt wieloma usciskami i caluskami. Wtedy juz wiedzialam, ze ta przygoda nie podoba mi sie wcale a wcale. Ale bylo juz ciemno wiec i tak nie mialam, gdzie sobie pojsc. Bylam na posesji szamana w gorach, w dzungli - nie bylo nawet sensu zastanawiac sie nad potencjalym planem ucieczki. Postanowilam zatem, ze sprobuje zasnac i metoda Scarlett O´ Hary pomysle sie o tym jutro.   

Powiesili moj hamak na dworze poza domem. W srodku nocy obudzilo mnie swiatlo latarki wymierzone w moje oczy. Nade mna stal Mamo. Powiedzial zebym wstawala, bo idziemy szukac duchow. W tym momencie obumarly we mnie ostatnie zgnile resztki romantycznego wizerunku Indian Kogi jako straznikow duchowego porzadku swiata. Spojrzalam na niego ze szczerym obrzydzeniem i powiedzialam, zeby sobie poszedl i dal mi spokoj. Na szczescie posluchal. We snie znalazlam kryjowke w pracowni komputerowej i przeczekalam noc na czerwonej desce do prasowania.

Na sniadanie byl makaron z tluszczem i sola. Nie zostalam zgwalcona, ani zabita. Nie ubylo pieniedzy w portfelu. Aparat na swoim miejscu. Mamo smacznie spal. Cala noc harcowal wiec byly wysokie szanse na to ze przespi caly dzien. Zatem bylam bezpieczna. Pomyslam, ze jak juz tam wlazlam to moge sie przynajmniej troche rozejrzec.

Przed kompletnym fiaskiem moja wizyte u Mamo uratowaly jego dzieci. Bylo ich tam z dziesiec albo wiecej. Zabraly mnie na poszukiwanie krewetek, pokazaly mi jak sie serfuje na rzece przy uzyciu kawalka plaskiego drewna, a nawet daly pokaz gaszenia rozzazonych patykow na jezyku. Z radoscia skakaly po drzewach zbierajac dla mnie tropikalne owoce i bardzo im sie podobala zabawa w robienie zdjec. Lataly gole po dzungli bez zadnej opieki. Wieksze dzieci nosily mniejsze. Wszyscy zawsze na siebie czekali. 















wtorek, 15 stycznia 2013

O tym jak poznalam Mamo

Santiago powiedzial, ze chce sie pozegnac, bo opuszcza wspolnote by zaczac swoja prace duchowa - cztery miesiace w odosobnieniu, bez alkoholu, papierosow, kawy, trawy, ani seksu. Zrobilo mi sie przykro. Pozalowalam, ze uleglam mojej niesmialosci wobec jego osoby i nigdy nie odwazylam sie z nim powaznie porozmawiac.
- Jest mi smutno - powiedzialam - Nawet nie mielismy szansy sie poznac. A czulam ze moglabym sie od ciebie wiele nauczyc. Od ciebie i od twoich Indian. Moja podroz jest wlasnie o tym. O poszukiwaniu rozwoju duchowego. Wydawalo mi sie, ze przyjezdzajac na twoja farme trafilam na sciezke, ktorej dlugo szukalam. A teraz dowiaduje sie ze odchodzisz.
Milczal i patrzyl na mnie. Jego oczy byly bardzo czarne, ale blyszczace, jakby szklane. Usta zlote, jak zawsze, kiedy rzuje zbyt duzo lisci koki. Pomyslalam, ze chyba od lat nikt go nie mial w ramionach. Zapytalam czy moge sie przytulic. Byl chudy i koscisty. Po zbyt dlugim uscisku pozegnalismy sie, a ja wrocilam do swoich obowiazkow. Tego dnia mialam posprzatac jego pokoj. Polki pokrywala gruba warstwa kurzu a w katach roilo sie od grubo tkanych pajeczyn. Mimo to cieszylam sie, ze bede mogla podotykac jego rzeczy. Mialam nadzieje, ze moze czegos sie dowiem, ze trafie na trop, ktory pozwoli mi zrozumiec jego tajemnice. Kiedy obmywalam skrzydla marmurowego aniola drzwi otworzyly sie z hukiem, a do domu wpadl Santiago.
- Chodz - rzucil krotko, po czym ruszyl spowrotem w strone dzungli. Odlozylam czystego aniola na brudna polke i podazylam za nim.
Kreta i stroma sciezka doprowadzila nas do narutalnych basenow ulokowanych na rzece przeplywajacej obok naszego domu. Bylam tam juz wczesniej, ale tym razem miejsce wydalo mi sie zupelnie inne. Na jednej ze skal siedzial niski, bosy Indianin ubrany w biala poplamiona sukienke. W takich wlasnie okolicznosciach poznalam Mamo Augustina. Byl mezczyzna w srednim wieku, o lagodnych oczach, dlugich, czarnych wlosach i szerokim usmiechu pelnym popsutych zebow.
- Dzis bedziesz pracowala z nami. - powiedzial Santiago.
Usilujac ukryc podniecenie, zagryzlam wargi i usiadlam nad woda powiedzy dwoma mezczyznami. Mamo bez slowa wyjasnienia wreczyl mi kuleczke bawelny i kazal trzymac w palcach zwrocona ku niebu. Powiedzial, ze w rzece sa duchy, ktore chcialyby wysluchac czego pragne.
- Zatem musi wyznac wszystko. - polecil - Niech mowi do nich glosno i po hiszpansku.
Bylam dosyc zdezorientowana. Nie mialam zadnego pojecia o tym, co sie wlasnie dzieje, ani co ja tam wlasciwie robie. Towarzyszylo mi jedynie uczucie, ze uczestnicze w czyms wyjatkowym i ze lepiej przynajmniej na razie nie zadawac zbednych pytan. Wzielam gleboki oddech i niesmialo wytlumaczylam wodzie, po co przyszlam i w czym potrzebuje pomocy.
Mamo trzymal na kolanach wydrazona polowke kokosa wypelniona woda. Kiedy skonczylam wrzucil do miseczki pomaranczowy koralik, zamieszal palcem i uwaznie obserwowal powiezchnie wody. Pojawil sie babelek.
- Zle. - powiedzial Mamo. - Nie uslyszeli. Musi mowic jeszcze raz. Tylko bardzo, bardzo glosno. Zeby dobrze zrozumieli. I musi powiedziec wszystko, wszystko, wszysciusienko. Wszystko czego chce. Ile dzieci, ile domow, ile pieniedzy, jakiego meza. I niech sie nie spieszy. Mamy caly czas swiata.
Santiago poglaskal mnie po plecach.
- Nie ma sie czego bac. To jest dla ciebie. Bo mnie poprosilas. Pamietaj, ze wszystko co robimy jest tylko dla ciebie. I zawsze mozesz odejsc.
Poczulam sie osmielona i pelnym glosem zaczelam wykrzykiwac do zrodekla wszystkie moje marzenia. Czulam sie jakbym wypluwala z siebie wielkie kamienie.
Tym razem duchy uslyszaly.

Dlaczego ja? Dlaczego tylko ja z calej wspolnoty mialam szanse poznac Mamo i spedzic noc w domku nad rzeka? Dlaczego inni, ktorzy calymi tygodniami czekali na jego przybycie nie mogli zejsc?
Miseczka z koralikiem tak zdecydowala. A moze ja jako jedyna glosno o to poprosilam.
Jedno bylo jasne. Nie ma we mnie nic wyjatkowego, ani nic lepszego. Dzis ja cos dostalam, nastepnego dnia ktos inny. Pokora. Najtrudniejsza lekcja bylo wlasnie to, zeby nie byc dumnym z tego, ze zostalo sie wybranym. Cala wspolnota byla rozgoryczona i zazdrosna. Mieli pretensje do Santiaga, a ze mna nikt nie chcial nawet rozmawiac.

Nastepnego dnia wszyscy razem zeszlismy z dzugli do cywilizacji. W drodze na dol nasz pies Kriszna zostal zaatakowany przez innego wiekszego psa. Rozpetala sie okropna walka. Kriszna zaczal krwawic z gardla i z lapy. Wyl i wil sie z bolu. W bezruchu i z poczuciem obezwladniajacej bezradnosci patrzylismy na to jak nasz pies jest zagryzany. I wtedy Santiago jednym ruchem reki chwycil wielkiego psa za skore na karku i rzucil nim w strone rzeki. Byla tylko jedna sekunda, kiedy mogl to zrobic. Jesli by sie spoznil, pies odgryzlby mu reke - nie mam co do tego zadnych watpliwosci.
Energia psow przeniosla sie na ich wlascicieli. Santiago nie byl wsciekly. On byl wciekloscia. Byl wcielonym gniewem. I bedac owa wsciekloscia ruszyl z krzykiem na przeciwnika. Ten uprzedzajac cios piesci dorwal maczete. Zrobilo mi sie naprawde slabo i zaczelam tracic nadzieje, ze wszyscy wyjda z tego calo. Mamo stal z dala i obserwowal cale zdarzenie rzujac liscie koki ze stoickim spokojem. Na widok maczety zainterweniowali pozostali czlonkowie wspolnoty i szczesliwie rozdzielono skluconych mezczyzn.

Kiedy emocje opadly Mamo zgromadzil cala nas wszystkich wokol ogniska. Kazdemu po kolei kazal mowic o tym, jak znalezlismy sie w tym wlasnie miejscu. Mozna zaczac, gdzie sie chce. Od poranka, albo moze lata wstecz od jakiegos waznego zdarzenia, ktore pokierowalo nas na tory wiodace wlasnie na farme Santiaga. Jedyna zasada to to, ze mamy do dyspozycji caly czas swiata. Jak sie komus nudzi sluchac - jego problem. Kiedy ty mowisz, czas przestaje istniec. Tym sposobem kazdy podzielil sie z grupa swoja historia, a takze przegadal ten trudny dzien, co pomoglo rozladowac koszmarne napiecie, ktore sie w nas skumulowalo. Przez godziny sluchajac opowiesci moich znajomych, ukladalam w glowie moja wersje. O tym jak jako dziecko trafilam na indianski oboz ze znajomymi mojej babci. O tym jak zarazilam Bartka podrozowaniem, bo potrzebowalam wspolnika, zeby spelniac swoje marzenia. O tym jak zaczelam tanczyc kontakt. Skrecajac pojedyncze nitki w jedna klarowna historie, kiedy przyszla moja kolej bylam bardzo gotowa by zaczac swoja opowiesc. Jednak gdy tylko otworzylam usta, Mamo mi przerwal.
- Ona nie moze dzis mowic. Mowila wczoraj. Wszyscy niech wstana i zaczna tanczyc. - zarzadzil.
Bylam rozgoryczona. Tak bardzo chcialam mowic. Przede wszystkim, zeby wytlumaczyc sie przed reszta z tego, dlaczego poprzedniego dnia tylko ja moglam pracowac z Santiagiem i z Mamo. Ale nie bylo mi to dane. Zebralam wszystkie dostepne mi sily, zeby sie nie rozplakac i kontynuowalam szydekolwanie w swietke latarki.

Pokora. Wczoraj tylko ja, dzisiaj wszyscy inni.
  
Mieszkajac przez te dni w dzungli i codziennie budzac sie na przeciw sciany drzew uswiadomilam sobie, ze cale zycie budzilam sie do scian szarych blokow.

***

To jest dopowiedzenie do mojego wpisu Sierra Nevada. Mialam wrazenie, ze nie opowiedzialam wszystkiego, wiec postanowilam sie troche cofnac zanim napisze o wydarzeniach bierzacych.






wtorek, 8 stycznia 2013

Nowy rok

Wlasnie sie dowiedzialam, ze Klaudia przyjaciolka mojej mamy po przeczytaniu mojego ostatniego posta nie mowiac nic nikomu zakupila sobie bilet do Peru. I nie wazne ze dzieci, ze maz, ze praca, ze kasa i kto co pomysli. Bitel zostal zakupiony i Klaudia razem z moja mama przyjezdzaja mnie odwiedzic w marcu! Jak sobie o tym mysle to mi serce rosnie do rozmiarow slonca. Bo wlasnie po to pisze tego bloga, zeby ludzi wyrywac z biurek. I prosze dziala! Klaudia dziekuje i oczekuje was obu w pelnej gotowosci. Wyleje na was wiadro milosci, bede was masowac i robic wam piekna bizuterie, a nawet sie ugne, zrezygnuje czasowo z mojej superalternatywnosci i wejde z wami oraz z milionem turysatow na Machu Pichu.

***

W tym roku pierszy raz w zyciu, na prawde, z calego serca nie chcialam sylwestra. Spalismy z Brookem na dachu hotelu w Tagandze i juz o 6 rano obudzila nas wsciekla muzyka w stylu kolumbijskiego dico polo. Szybko po tym wszyscy mieszkancy Tagangi wystawili przed domy wielkie glosniki i zaczeli puszczac ten sam rodzaj muzyki, ale kazdy inna piosenke. Ja bylam wyciszona i nawiedzona, Brooks chory. Stwierdzilismy, ze nieublagalnie oszalejemy jesli w pore nie uciekniemy. Caly dzien nam to uciekanie zajelo, ale sie udalo. Tuz przed zachodem slonca dotarlismy na rajska plaze, zawiesilismy hamaki miedzy palmami i z dala od ludzi, halasu i swiatel zatracalismy sie w podziwie dla histerycznie rozgwiezdzonego nieba. Z szeroko otwartymi ustami obserwowalismy wynozajacy sie z czarnego morza wielki, okragly i soczyscie pomaranczowy ksiazyc. Bujajac sie w jednym hamaku zlozylismy sobie zyczenia i usnelismy duzo przed polnoca. Usmiechalam sie zasypiajac czujac milosc od czubkow palcow az po rozdwojone koncowki wlosow.







phot by Brooks
wschod ksiezyca. phot by Brooks
 to tez wschod ksiezyca!
phot by Brooks