Translate

wtorek, 17 grudnia 2013

Zima zima zima pada pada


Niby pochodzę z Polski, więc wydawało mi się, że w kwestii śniegu niewiele mnie może zaskoczyć. Ale myliłam się. Kanadyjska zima to jednak wydarzenie zupełnie innej skali. Mieliśmy w tym tygodniu pierwszą prawdziwą śnieżycę. Przez 2 dni padał sypki lekki, piękny i puszysty śnieg. Taki śnieg jak z bajki o Mikołaju. Taki śnieg, który ma się na myśli mówiąc "białe święta". I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na widok tego śniegu jakieś dziecko przeze mnie przemówiło i pierwszy raz od kilku lat zachciało mi się prawdziwych, rodzinnych świąt. Zasypało wszystkie ulice. Zasypało mi rower. Zasypało nam schody. Śniegu nie przesadzam było po pas. Ale kanadyjczycy byli na to przygotowani. Moim ulubionym wynalazkiem są takie specjalne jednoosobowe samochodziki - takie jak w supermarkecie, tylko, że do odśnieżania chodnika. 

Okazało się, że w naszym pokoju gościnnym brakuje jednej cegły w ścianie i naśnieżyło się nam do środka... Na szczęście mój roommate uratował sytuacje. Zapchał dziure plastikiem i szczelnie zakleił - więc nie martw się mamo jak przyjedziesz to w domu nie będzie śniegu. 

Przez większość życia mój stosunek do śniegu był raczej wrogi. Jednak teraz ku mojemu zaskoczeniu, kiedy zobaczyłam tyyyyle śniegu to nie wahając się ani sekundy założyłam moje obcisłe, różowe spodnie narciarskie i rękawice o wdzięcznej nazwie "heat machine" i z wielkim zapałem poszłam się pożądnie wytarzać. Kiedy dotarłam na górkę dowiedziałam się, że tutaj nie zjeżdża się na sankach tylko na plastikowym hm... magicznym dywanie. Jest to cienki kawałek plastiku wielkości karimaty, który można kupić za dolara. Kładziesz się na tym głową w dół i zjeżdżasz na pingwina. Baaaardzo fajne. O ile nie trafisz głową w zaspę. 

Inną zimową atrakcją, z którą przyszło mi się zmierzyć jest ... jeżdżenie po śniegu rowerem. Tak. Ludzie to o dziwo robią. Ciągle jeszcze nie wiem jak oni to robią. Ale próbuję. Jest - 15. Dzień rozpoczynam od odkopania roweru z zaspy. Jeżdżę wolno środkiem jezdni, śpiewam sobie kolendy. Dzikie bestie wgryzają mi się w policzki i leją kwasem w oczy. Wszyskie samochody na mnie trąbią. Staram się skupić na kolendach, ale zazwyczaj kończy się na bluzgach.

A skoro mowa o śniegu to słuchałam ostatnio audycji o drukarkach 3D, które podobno zrewolucjonalizują świat. Prezenter radiowy udał się do takiej drukarni i zapytał o najbardziej ekscentryczne przedmioty jakie wyszły z paszczy drukarki 3d. Rozmówca na to, że właśnie wydrukowali gigantyczny płatek śniegu... 

***

Moje pierwsze wizualizacje na żywo :D na koncercie Chiasmy - zepołu Christiny. Tu można sobie posłuchać https://soundcloud.com/chiasma. Miałam stolik zastawiony różnokolorowymi płynami i czułam się jak czarownica ważąca magiczne eliksiry :))

Meghan <3<3





wtorek, 10 grudnia 2013

Powrót Bloga

Wiem, że wiele osób (w tym ja) straciło ostatnią resztkę nadzieji. Już mu miałam scyzoryk pod rzebra wpakować, już mu chciałam pieniążki w oczy wcisnąć, odepchnąć od brzegu i rzucić krzyżakiem na drogę. Ale dobrą nowinę niosę. W ostatniej chwili zdecydowałam się na usta-usta. Zanim się zacznę ze wszystkiego spowiadać - ładny obrazek na przeprosiny.

 

Zatem jeśli ktoś był ciekawy to mój blog nie umarł. Mama mówiła: "Kinga, jeśli blog umarł to przynajmniej go przyzwoicie pochowaj. Nie tak cię wychowałam." (Oj mądra ta moja mama!) Przyznaję, świeżbiły mnie ręce, żeby go żywcem pogrzebać, ale nawet tego nie mogłam zrobić. Czarna niemoc mnie ogarnęła. Dlaczego? Otóż, ambicje wyprowadziły mnie na manowce. Chciałam, żeby ludzie czytali... Dużo ludzi jak najwięcej. I uparłam się, że żeby ludzie czytali to musi być dobrej jakości. Musi poziom trzymać. A żeby poziom trzymać trzeba się przykładać. A przykładanie boli rzecz jasna. 
I egoizm mnie wyprowadził na manowce też. Bo zgłaszali się do mnie ludzie, którzy chcieli czytać a ja postanowiłam nie pisać, bo mi się zdawało, że wszystko jest niewystarczająco interesujące albo ekshibicjonistyczne. I żeby ochronić siebie przed potencjalną chańbą wyprodukowania szmaty pozbawiłam innych możliwości czytania. Brzydko Kinga. Fe z Twojej strony. 

Poszłam jednak po rozum do krowy i od tej pory sprawy mają się inaczej. Po pierwsze, wykminiłam, że żeby napisać/ stworzyć coś "dobrego" trzeba najpierw narobić trochę gówna. Otóż prawda jest taka, że wszyscy, nawet ci najlepsi robią kupę. Do takiej mądrości życiowej doszliśmy z naszą grupą taneczną po 3 miesiącach intensywnych prac nad spektaklem. Druga myśl, która powstrzymała mnie przed dokonaniem mordu na moim blogu dotyczyła przeformułowania przyczyny dla której piszę.
Wstyd się przyznać, ale przez pewien czas pisałam po to, żeby mnie ludzie głaskali. Żeby znaleźć potwierdzenie w świecie, że to co robię jest dobre, lub przynajmniej interesujące. Ale okazało się to niezwykle stresujące i paraliżujące. Szczęśliwie odkryłam jednak, że istnieją lepsze powody dla których warto pisać/ tworzyć. Na tą (tę?) chwilę moim ulubionym powodem jest chęć, żeby się dzielić z innymi. W szczególności z osobami, które są dla mnie ważne. Chcę, żeby moja rodzina i przyjaciele (oraz ktokolwiek inny, kto ma ochotę) mogli przy pomocy opowieści znaleźć się trochę bliżej mnie.

Nauczyłam się tego podczas pracy nad naszym spektaklem. Do tej pory wszystkie występy w jakich brałam udział były wyreżyserowane przez kogoś, a ja jedynie odtważałam czująś wizję. Tutaj po raz pierwszy miałam okazję ułożyć solo od początku do końca takie jakie chciałam. Trochę się na początku przeraziłam. Boooże... O czym to ma  być? Jaki to ma być taniec? Do jakiej muzyki? Zaczęłam od pytania - co się ludziom spodoba, jak to będzie pasowało do spektaklu. Bardzo zgubny punky wyjścia. Na szczęscie w porę się ogarnęłam i zrozumiałam, że muszę zrobić coś czym ja się będę jarać. No a co by o mnie nie powiedzieć gust mam wyrobiony, zainteresowania ostro skonkretyzowane i doskonale wiem czym się jaram. Więc zadanie jest proste. Solo będzie o szmanizmie, zwierzęcości, histerii, schizofrenii, brzydocie, kobiecości i seksualności. Dużo czasu i energii poświęciłam na to, żeby te tematy przemyśleć i przerobić w ruchu, więc czemu miałabym się nie podzielić. I podziałało. 

Zastosuję tę strategię również wobec mojego bloga i zamiast go porzucić, użyję go jako możliwość podzielenia się tym, co mi robi mrówki na plecach i pozostania w kontakcie z ludźmi, którzy są mi drodzy. O. Taka to deklaracja. A jeśli to nie podziała i mimo to z jakiś tajemniczych przyczyn nie znajdę mocy do pisania raz w tygodniu, to nie będę się dłużej okłamywać i dokonam eutanazji. Może z czasem narodzi się coś nowego.


Ale póki co - woda, życie, te sprawy.








niedziela, 27 października 2013

Q - brakująca litera w polskim alfabecie


Wracam zmęczona do domu późnym wieczorem. Idę do kuchni z zamiarem zrobienia herbaty i szybkiego pójścia spać. W kuchni hangoutują się wszyscy moi współlokatorzy. Ktoś puszcza hita z lat 90 - coś co wszyscy znają, ale nikt nie potrafi sobie przypomnieć wykonawcy - gwiazda jednej piosenki. Zaczynam energicznie tańczyć nad garnkiem z gotującą się woda. Patrzę jak kolejne osoby czują w sobie tego hita podnoszą się z krzeseł i tanecznym krokiem wchodzą na parkiet – między kanapą, stołem a zlewem. Mikel na chwilę znika w swoim pokoju, po czym wraca mając na sobie jedynie różowe futro. „Ok” odpowadam przyjmując wyzwanie i biegnę przekopywać szafę. Wracam w jednoczęściowym czarno-różowym stroju cheerliderki. Josh robi wielkie oczy i mówi "Kinga, czy wiesz co jest napisane na twoim ubranku?" Patrze, yyyy... "Twoje imię? Hm.. to chyba znaczy, że ty powinieneś je nosić! Chcesz przymierzyć?" "Jasne!" Jednym zgrabnym ruchem sciągam z siebie body i podaje mojemu koledze. On wygląda świetnie, ale ja stoję naga po środku pokoju. Potrzebuję nowego stroju... Mikel, przebrał się w złotą szate z rozpierdakiem na plecach ukazującym rąbek jego zgrabnych węgierskich pośladków. Ktoś przynosi maszynę robiącą niebieskie światło w zielono czerwone kropki. Jesteśmy pod wodą. Jesteśmy Oceanem. Złota sutanna zmienia się w syreni ogon. Uśmiecham się od ucha do ucha wiedząc, że stoję twarzą w twarz z kręcąca fikołki na trapezie Justin Vivian Bond grana przez Jacka Poniedziałka w Kabarecie Warszawski. Tylko, że tym razem nie jest ona elementem odległego spektaklu tylko częścią mojej codzienności. Wybucham zazdrością „Ja też chcę być syreną!”. Mikel poważnym tonem - „Wiem, jak mogę Ci pomóc”. Bierze mnie do swojego pokoju. Wiąże mi niebieski szal ze srebrnymi diamencikami wokół bioder. Piersi zakrywa siateczką z cekinami. Wracam na parkiet i zamaszystym gestem prezentuję się wszystkim jako syrena strącając przy tym całą zawartość parapetu. Po podłodze toczy się kolorowa kreda, a za nią pineski, długopisy i fluorescencyjne gwiazdki. Zbierając przedmioty z podłogi obserwuję Mikela, który uważnie przygląda się plastikowym gwiazdkom po czym przykłada je sobie do sutków. Widząc to momentalnie rzucam sprzątanie, chwytam za taśmę klejącą i przyklejam nam gwiazdki do sutków. Uff teraz jesteśmy prawdziwymi syrenami! Od razu czuję się lepiej. Teraz możemy spokojnie tańczyć. Leci "Breathing" Kate Bush na repeat. Dym z papierosa Zoe oplata moje ciało i wije się wśród niebieskiego światła laserów. 


Zdjęcia ze mną w roli kosmicznej syreny można znaleźć na stronie mojego jakże utalentowanego współlokatora Mikel'a. Gorąco polecam całego jego bloga. Dobra kampowa sztuka spodoba się fanom leśnych faunów, czarodziek z księżyca i dużych, pięknych, soczystych penisów :D http://mikeltumblez.tumblr.com/post/63979509303/stellaroid-photography-poetry-by-mikel-marton

***
 Urodzinowe przyjęcie z malowaniem ciała :)





 photo credit: Brooks
***

Ostatni post wyświetliło 200 osób jednego dnia. Pomyślałam sobie, że skoro mam uwagę 200 osób to równie dobrze mogę napisać o czymś ważnym. Oczywiście ta myśl spowodowała przestój w pracy twórczej, gdyż wszystkie pomysły wydawały mi się niewystarczające. Ale w końcu wpadłam na to o czym napiszę. Napiszę o środowisku queer. I to nie będzie kolejny tekst, w którym zdefiniuję po kolei różnice między transseksualizmem a transwestytyzmem, zacytuję Judith Butler i ubojeję nad brakiem adekwatnego języka, żeby mówić o trzeciej płci. Wielu ludzi już to dobrze zrobiło, nie ma powodu, żeby ich powtarzać. Napiszę o tym czym dla mnie subiektywnie jest queer i wszyscy mają pawo się z tym nie zgodzić. Ale coś tam chyba o tym wiem, bo w końcu mam kochanka queera i dom pełen queerów. I chyba przez wybór takiego partnera i stylu życia sama też mam w sobie coś w queera ;)

A więc bez więc. Queer to przestrzeń pomiędzy kobiecym a męskim. Wszystko co się się nie zmieściło do wora, wypadło na podłogę, znalazło się poza, zostało oplute, podniosło się z ziemi, obsypało się brokatem i z ustami pełnymi uśmiechu pokazało wszystkim fjuta. Innymi słowy, queer jest to sposób na odcięcie się od presji społeczeństwa, żeby wcielać określone wzorce. Szczególnie jest to sprzeciw wobec przymusu odgrywania stereotypowych ról przypisanych danej płci. Wynika on najczęściej z głębokiej niezgody jednostki na to jak powinna się ona zachowywać ze względu na jej płeć biologiczną. I ta niezgoda na bycie mężczyzną i kobietą objawia się w formie performowania zachowań transgresywnych - Brooks na przykład nosi zarost do sukienki, nie próbuje stać się kobietą, jest kim jest. Chodzi o to, żeby mieszać elementy z różnych pożądków. Być jednym i drugim oraz ani jednym ani drugim. Wiele osób jak poznaje Brooksa to myśli, że jest gejem, ale nie - identyfikacja przez trzecią płeć nie świadczy o orientacji seksualnej. Zdecydowanie mu się podobam z wzajemnością zresztą. Fundamentalną kwestią dla osoby identyfikującej się przez queer poczucie odmiennej tożsamości. Wyraża się ona przez sposób bycia i kostium. Do repertuaru ulubionych środków należą kicz, kamp, performance, kabaret, groteska, przegięcie, przesada, odrealnienie. Kostium jest ucieczką od ciała, płciowości, ludzkości. Jest formą przekroczenia własnego ciała. Wyzwolenia się od jego ograniczeń. Daje możliwość funkcjonowania w innych rzeczywistościach, w których można stać się swoją własną fantazją. Zakładanie kostiumu jest nadawaniem wizualnej reprezentacji własnej tożsamości. Pozwala na ciągłą zmianę tożsamości, performowanie tej tożsamości i podtrzymywanie jej płynnego charakteru.

Wydaje mi się, że z identyfikacją przez queer idzie też odmienna postawa wobec seksualności. Większa otwartość na różne kolory skóry, kształty ciała, typy urody. Poszukiwanie poza wiodącym kanonem. Postrzeganie seksualności jako codziennego, normalnego. Włączanie seksualność i sensualność jako elementu interakcji między przyjaciółmi, a nie tylko zarezerwowanego dla kochanków. Seksualność rozumiana szerzej niż seks. Otwartość na nagość, dotyk.

Piszę o tym, bo mi się wydaje, że w Polsce temat queer jest bardzo abstrakcyjny, powierzchownie znany w teorii, ale zdecydowanie nie oswojony w życiu. Oczywiście pisząc mojego posta tworzę tekst, zatem kolejną teorię. Ale u mnie zawsze to co piszę jest życipisaniem. Jest nieodłącznie związane z moim doświadczeniem. Może dzięki temu staje się bardziej bliskie i namacalne. W Polsce niewiele osób queer ma wystarczająco dużo odwagi i determinacji, żeby jawnie performować swoją tożsamość. Nie wykształciła się u nas na to jeszcze kultura. Pomijając już całą kwestię homofobii i podpalania tęczy, to wydaje mi się, że nawet osoby o liberalnych poglądach czują się nieswojo z tematem queer. Stąd ten mój ekshibicjonizm. Swoją drogą queer broń boże nie stroni od ekshibicjonizmu :)

***
Żeby sobie nikt nie myślał, że w Kanadzie jest wszystko pięknie i gładko. Uwaga anegdota.
Poszliśmy kiedyś na koncert Austry. Brooks miał na sobie letnią sukienkę na ramiączka a ja wyglądałam jak hinduski słoń - cała w złotych cekinach i ze sztucznymi czerwonymi brylantami schodzącymi po czole aż do czubka nosa. Wyszłam z domu z przeświadczeniem, że ja się ubrałam znacznie dziwniej od niego. Według mnie Brooks wyglądał po prostu bardzo atrakcyjnie, a ja czułam się dumna, że stoję u jego boku. Jakże się wielce zdziwiłam, kiedy po wejściu do klubu okazało się, że sukienka Brooksa wywołała wielkie zainteresowanie. Szczególnie wśród najbardziej męskich mężczyzn. Podchodzili do niego i chcieli się z nim fotografować, ktoś go klepnął po dupie, ktoś próbował złapać za nieistniejące cycki. To było obrzydliwe i oburzające. Traktowali go jakby stracił podmiotowość. Nie mogłam pojąć dlaczego to się dzieje. Wydawało mi się, że w Kanadzie takie sytuacje się nie zdarzają, że ludzie są tu do skrajności poprawni politycznie. Ale jednak się myliłam. Tutaj też jest dużo nietolerancji i chamstwa. Jedyna różnica polega na tym, że wykształciło się tu silne środowisko queer, w którym można bezpiecznie wyrażać to kim się jest. W Polsce nie ma nawet tego. Ja znam tylko jedną osobę w Warszawie, która się identyfikuje jako queer. Tutaj dla kontrastu, w samej naszej grupie tanecznej 3 na 6 osób nie zgadzają się żeby opisywać je w kategoriach kobieta/ mężczyzna.

*** 
Burdel. Wspólny spektakl streaptizerek i profesjonalnych tancerzy tańca współczesnego. Nie wiemy kto jest kim. Na scenę wchodzi naga, chuda, wysoka osoba. Włosy ma zaczesane na twarz, są tak długie, że sięgają aż do pośladki. Poniżej włosów widać tylko nogi. Piękne, długie, zgrabne nogi. Ta osoba, a właściwie jej nogi wykonują zmysłowy taniec. Dopiero pod koniec występu spod włosów zaczyna ukazywać się roztańczone ciało. Po długiej chwili wahania rozpoznaję, że stoi przede mną nagi mężczyzna. Mężczyzna właścicielem najzgrabniejszych nóg jakie widziały moje oczy.

***
Przy okazji, jak ktoś jeszcze nie słuchał to polecam mój najulubieńszy podcast o testosteronie z show radiowego This American Life. http://www.thisamericanlife.org/radio-archives/episode/220/testosterone . Pierwsza historia dotyczy osoby, która urodziła się jako kobieta przeszła kurację hormonalną, żeby stać się mężczyzną - przyjmując 3 razy więcej testosteronu niż ma przeciętny mężczyzna. Druga natomiast opisuje doświadczenie mężczyzny, któremu z powodu choroby zanikł testosteron. Baaaardzo ciekawe.

***
A w ramach puenty - nasz zlew zapchany brokatem.




czwartek, 10 października 2013

Dlaczego Montreal?

Ludzie często się pytają: "Kingo, dlaczego akurat Montreal?" Nie przepadam za tym pytaniem. Zazwyczaj rzucam: "bo tak wyszło" i zmieniam temat. Jak jestem w dobrym humorze to opowiadam historię o tym, jak to dwa lata temu chciałam zerwać z moim chłopakiem i poszłam do biura współpracy z zagranica na UW i zapytałam gdzie mogę pojechać na wymianę żeby było daleko i żeby mówili po angielsku. Dostałam do wyboru Montreal lub Chicago. "yyy Montreal?". Pamiętam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam moje jakie mam opcje, to nie byłam pewna, czy Montreal jest w Stanach czy w Kanadzie. (shame on me.) Wróciłam do domu wpisałam oba miasta w gugle i wybrałam Montreal, bo okazał się jednak być w Kanadzie i miał mniej wieżowców.

Ostatnio stwierdziłam, że nie mogę już więcej wysługiwać się tą historią i muszę wymyślić lepszą odpowiedź. Bo ok, zaczęło się od przypadku, ale teraz wyjeżdżając do Montrealu przecież dokonałam bardzo świadomego wyboru. I uważam, że fantastycznego! Jest najlepiej na świecie i mam nadzieję, że zdołam przekonać wszystkich których kocham, żeby przyjechali żyć. Zatem muszę wymyślić jakieś przekonywujące argumenty ;)

Odkąd przestałam studiować, ciężko mi idzie myślenie. Dużo lepiej niż myślenie wychodzi mi czucie.  Pewnie dlatego napisanie tego posta zajęło mi miesiąc za co przepraszam...

Od kiedy wprowadziłam się do mojego pokoju zadziało się również poważne przemeblowanie w mojej głowie i w mostku. Zupełnie niespodziewanie znalazłam się w miejscu, gdzie wydaje mi się, że mam wszystko co potrzebne do szczęścia. Że idę spokojnie swoją drogę i ciągle tylko potykam się o prezenty. Jakby codziennie były Święta:) Na fali poczucia, że wszystko jest dokładnie tak jak ma być, że jestem we właściwym miejscu i robię dokładnie to, co mam robić, zaczęłam praktykę polegającą na tym, że każdego wieczora przed pójściem spać mówię sobie cicho za co jestem wdzięczna. Bardzo mi to dobrze robi. Aż mi się z tego wszystkiego modlić zachciało. Nie wiem tylko do którego boga.  

*
Czynsz jest tani, śmietnik karmi całą naszą 7 osobową rodzinę, sztuka za darmo, tańce wymieniańce, wszędzie, gdzie chcę mogę się dostać moim niebieskim rowerem, a zamiast telewizji gapimy się na naszego nowego kociaka Lucyfera bawiącego się namiętnie sztuczną myszką na patyku. Nie potrzebuję wydawać pieniędzy, więc nie muszę specjalnie dużo pracować. A skoro nie muszę pracować to znaczy że mam dużo czasu i przestrzeni, żeby robić dokładnie to na, co mam ochotę. Czyli tańczyć, robić foty, ćwiczyć jogę, pisać, jeść, spać, gadać, przytulać się i całować. Po angielsku jest na to bardzo dobre wyrażenie "to hang out". To jest jakby spędzać miło czas nie robiąc nic bliżej skonkretyzowanego :) Kiedy ktoś mnie pyta w Montrealu czym się zajmuję - czy pracuję, czy się uczę - odpowiadam: "I just hang out". I to jest zupełnie normalna odpowiedź. Nikt się nie dziwi. Po polsku nie mamy takiego słowa, co jak sądzę, świadczy o naszej zorientowanej na karierę kulturze. Więc jeśli ktoś nie lubi pracować i niekoniecznie pociąga go kariera akademicka, chce mieć dużo wolnego czasu, mieć barwne i ciekawe życie - then Montreal is a place to be :D

Z jakiegoś powodu kiedy jestem w Warszawie czuję, że muszę coś osiągnąć, stać się w czymś dobra. Patrzę na tych moich wszystkich przyjaciół i znajomych i się porównuję. Tutaj mam wrażenie, że mogę sobie pozwolić na robienie tego co kocham, co mnie karmi i wypełnia po uszy. I nie muszę się czuć winna za to, że nie zajmuję się niczym "konkretnym" ani "pożytecznym". Chyba wynika to z tego, że więcej ludzi podąża tu własną ścieżką, własnym tempem. 
*

Przelewamy się po podłodze i Brooks mówi: ale ty jesteś piękna. Ja się uśmiecham i żartuję - widzisz, dlatego właśnie muszę mieszkać w Montrealu! W Warszawie wszystkie dziewczyny są piękne, a ja jestem tylko jedną z nich. Polskim facetom z tego wszystkiego się w dupach poprzewracało. Tutaj codziennie mnie obsypujecie komplementami. Wystarczy, że powiem moje imię i już się mną zachwycają. A poza tym ludzie mi ciągle mówią, że jestem podobna do Bjork, co mnie cieszy najbardziej na świecie ;))) W domu czuję się przeciętna z urody, trochę grubsza niż wszyscy i trochę za dziwna z charakteru żeby się podobać. No a poza tym mam włosy pod pachami, co mnie dyskwalifikuje na starcie, hahahahaha. Brooks mocno się dziwi. Siedzi cicho, widzę, że coś ostro kmini. Już zdążyłam zapomnieć o czym rozmawialiśmy, kiedy on poważnieje i zaczyna: "wiesz, zanim przyjechałem do Montrealu też nie czułem się nikim wyjątkowym. W mieście, z którego pochodzę byłem zwykłym chłopakiem i tylko czułem się nie na miejscu. Dopiero kiedy tu przyjechałem poznałem tych wszystkich świrów i zrozumiałem, że jestem jednym z nich". 
*

Umówiłam się z Christiną, że wpadnie na obiad i przyniesie mi jakieś rzeczy, które mogą się przydać do urządzania mojego pokoju. Przyszła i powiedziała mi żebym zamknęła oczy. Że ma dla mnie niespodziankę. Patrzę a pod moim oknem stoi wielkie pudło. Myślę sobie - matko, ale wielkie pudło! Pierwsze myśli - krzesło, szafa, lodówka??? Dotykam pudła a pudło się rusza. Zawał! Człowiek w pudle! Meghan w pudle! Hahaha. We wrześniu mieszkała na wsi, nie miałam pojęcia, że wróciła do Montrealu. Tak mnie przywitała wariatka:) 
*

Montreal jest miastem muzyków. Jest ich tu tylu, że nie mieszczą się w domach i wysypują na ulicę. Serio. Na przeciwko mojego mieszkania znajduje się kawiarnia, gdzie od 10 do 18 co godzinę gra inny zespół. Kupujesz kawę za 2,50$ i jesteś na koncercie. I to nie na byle jakim koncercie, tylko na bardzo dobrym koncercie. Mało tego! Nie tylko kawiarnie mają swoich muzyków. Prawie każde studio jogi oferuje co najmniej kilka zajęć w tygodniu z muzyką na żywo (niektóre studia maja muzyków non stop!). Siedzisz czwartą minutę w najbardziej niekomfortowej pozycji świata i jedyne co pozwala ci przetrwać tą mękę to fakt, że możesz zsynchronizować swój oddech z rytmem dźwięków wydobywających się spod palcy prześlicznej harfiarki. Podobnie jest ze studiami tanecznymi - tam tez na co drugich zajęciach siedzi przystojny perkusista!
Gdzie jeszcze można ich spotkać? Na Tamtamach! Tamtamy to niedzielne jamy bębniarskie na górze Mont Royal. Pół miasta się schodzi jedni grają, drudzy tańczą albo chodzą na linie, inni piją piwo i jarają blanty. No i oczywiście skoro jest tu tylu fantastycznych muzyków to oczywistym jest, że niektórzy z nich będą twoimi przyjaciółmi :) Czasem można się nieźle zdziwić. Na przykład jest tak, że mamy sobie piknik i jemy ciasteczka. A ktoś nagle zamiast ciasteczka wkłada sobie do ust klarnet i zaczyna grać klezmerską melodię. Inny ktoś odkłada swoje ciasteczko, wkłada głowę pomiędzy nogi tego z klarnetem. Prostuje się i wstając tańczy mając klarnecistę na barana. 
Nie zmyślam! Mam dowody!

Są tu również nieco bardziej "współcześni" muzycy. Mój współlokator zorganizował dla nas muzyczno-psychodeliczny rytuał o wschodzie słońca na cmentarzu. Na zdjęciu zawiesza dzwoneczki na drzewie. 
*
Rozpoczęłam realizację II części planu Montreal, czyli "robienie sztuki";0 Fotograficznie zajmuję się tworzeniem kalendarza dla rowerowego kolektywu - rozbierają się przed moim aparatem piękni ludzie na swoich pięknych rowerach. 
Dzieje się też tanecznie. Gdzieś tam z tyłu głowy marzyła mi się jakaś twórcza wymiana umiejętności pomiędzy znajomymi tancerzami ale nie, żebym za tym jakoś specjalnie chodziła. A tu proszę bęc! Przyjaciel Brooksa przyjechał tu na rezydencję artystyczną, żeby zrealizować spektakl taneczny. Zaprosili mnie:DDD. Jest nas piątka. Wszyscy smakują jak lody pistacjowe i mogę ich jeść łyżkami i nigdy nie mam dość. Mamy próby 3 razy w tygodniu, więc strukturalizuje to trochę mój czas, co zdecydowanie pomaga się ogarnąć. 

*
PS. Romans kwitnie. Tfutfuftu odpukać w niemalowane. 

PPS.
Marcin się pyta czy podróże kształcą. Mnie na pewno moje podróże bardzo dużo nauczyły i były potrzebne żebym mogła się znaleźć tu gdzie jestem. Ale na chwilę obecną mam wrażenie, że wyczerpałam zasoby z tego worka. I niezwykle się cieszę, że już nie muszę podróżować!  Z samego faktu ciągłego przemieszczania się nie uczę się już tak dużo. Chyba dlatego, że długo to robiłam i czuję opór, bardzo mnie to męczy, fizycznie jest to trudne dla mojego organizmu - źle jem, mało śpię, a poza tym czuję się samotna. W poprzednim poście chodziło mi bardziej o to, że kiedy wpada depresja łatwo pomyśleć - wyjadę i wszystko się zmieni. I zgadzam się - może się zmienić. Ale na dłuższą metę to, na którym końcu świata się nie znajdziesz, zabierasz ze sobą wszystkie swoje świry. Poniedziałek, wtorek, środa ja. O to mi chodziło.












wtorek, 17 września 2013

Przeprowadzka





Pomiędzy 5 a 18 rokiem życia przeprowadzałam się około 10 razy. Jak tylko robiło się w moim nowym pokoiku miło i przytulnie, w szkole dzieci zaczynały mnie lubić, a pani w sklepie zapamiętywała moje imię – trzeba było się przeprowadzać, zaczynać wszystko od początku. I tak w kółko. Pamiętam, że jakimś szóstym zmysłem wyczuwałam co się święci, chyba po chodzie i minie mojej mamy, jak tylko wkraczała do mojego pokoju z plecami ugiętymi pod ciężarem nowiny o kolejnej przeprowadzce. Nigdy nie wykazywałam ani odrobiny wsparcia. Bardzo było dla mnie ważne, żeby cały świat wiedział jak bardzo tego nienawidze.

Przełom nastąpił po tym jak obejżałam film “Czekolada”. Otóż w tymże filmie główna bohaterka – piękna i młoda Juliette Binoche, kochanica Cygana, wstaje rano, otwiera okno, a gdy zawieje mroźny wiatr – wie, że musi sie przeprowadzić. Przyjęłam wtedy, że moja mama naśladuje gwiazdę filmową i dlatego mi to robi. Niestety potem odkryłam, że film powstał dużo później niż moja mama zaczęła nas przeprowadzać. Zatem przyczyny pozostają dla mnie do dziś niewyjaśnione.

Piszę o tym, bo myślę, że z czasem te koszmarne przeprowadzki zaowocowały u mnie namiętnością i koniecznością podróżowania. Otóż odkąd wyjechałam na pierwszą samodzielną wycieczkę (z Bartłomiejem rowerami Wrocław - Warszawa), zawładnęła mną gorączka podróżowania. Od tamtej pory moje życie było czekaniem na wakacje. Czekaniem aż będzie można znowu wyjechać. Planowaniem coraz to dalszych i bardziej szalonych podróży. Skumulowało się to wszystko w zeszłym roku, kiedy odbyłam ta wielka podróż, o której marzylam – bez ograniczen czasu, miejsca.  Podróż w poszukiwaniu siebie, bo umówmy się – wszyscy po to podróżujemy.

I jakże zaskakujące było to, kiedy podróżując w coraz to dalsze zakamarki dżungli odkryłam, że jednak kurwa prawda jest taka, że gdzie nie pojede tam znowu czeka na mnie nikt inny jak tylko ja, ja i ja. Pozdro 700 dla niesmiertelnego wieszcza Gąbrowicza. Tak to niestety jest, że życie lubi uczyć nas tych samych truizmów ciągle i ciągle od nowa.

Łapię się na tym, że myślę – oooo jestem w Kanadzie. A stąd już blisko na pustynie lodową. Tak bardzo chciałabym zobaczyć pustynie lodową!! Wszystko się zmieni kiedy skonfrontuję się z demonami. Czarnymi nocami i wielką pustką. Potem jednak myślę, niee chyba jeszcze nie jestem takim hardcorem, żeby wyprawiać się w zimę na pustynię lodową… Może lepiej Argentyna, albo Nowa Zelandia, albo, ... , ... ? W pewnym momencie udaje mi się tą gonitwę mysli złapać za pysk I wrzasnąć do niej – NIGDZIE NIE JEDZIESZ! SIEDŹ NA DUPIE! TERAZ BAWIMY SIĘ W DOM. No. Właśnie. 

Teraz 
bawimy się 
w dom 
dajemy sobie 

c z a s

żeby 
nauczyć się 
dobrze grać.

Zatem mam dom. Ponieważ mam sporo doświadczenia w realizowaniu moich marzeń, mój dom jest dokładnie taki jak sobie wyśmiłam. Jest w Montrealu. Naprzeciwko mojej ulubionej kawiarni. W starym, ponad stuletnim domu. Mieszkam w dużym mieszkaniu z sześcioma inspirującymi, młodymi osobami. Mój pokój jest przestronny i biały. Ma duże okno przez które widać rumieniący się klon. Światło w moim pokoju jest przefiltrowane przez liście tego kolnu i przemierza moją drewnianą podłogę w postaci konstelacji złożonej z migoczących owali . Pod oknem stoi wielkie drewniane biurko, a parapet ugina się od zieleni roślin. Moje łóżko zbudowane jest z palet. Nad głową latają mi ptaki – to nie jest przenośnia. Z mojego domu do Brooksa jedzie się rowerem 5 minut. Jedyne czego zapomniałam sobie zamówić, to żeby w domu było czysto. Ale cóż. I tak jest to mniejszy fopas niż, to jak Zuza zamawiająć sobie idealnego faceta zapomniała dopisać “wolny”.

Chociaż jestem tu już ponad tydzień to oficjalnie zamieszkałam mój pokój dopiero dzisiaj. W tym się na przykład różnimy z moją mamą. Ona zawsze rozpakowywała wszystkie pudła w dniu/nocy przeprowadzki. Oka nie mogła zmróżyć dopóki na półce nie stanęła ostatnia książka i aż nie został z niej zmieciony ostatni kurz. <3
Ja w przeciwieństwie do mojej mamy zaczęłam od tego, że się załamałam, że mi się nie uda, że będzie brzydko i, że nie potrafie urządzić pokoju. Utwierdziło mnie w tym moje pierwsze przedsięwzięcie, kiedy to próbując przezwyciężyć niemoc udało mi się pomalować wszystkie ściany farbą olejną. 8 nocy wietrzyłam i płakałam.  Pewnego wieczoru smród odszedł, a pokój zaprosił mnie do środka. Jezdziłam po wszystkich wyprzedarzach garażowych i śmietnikach i nazbierałam sobie naręcze pięknych skarbów, które o dziwo wszystkie tworzą zgrabną całość. 

Wyprowadziłam się do Montrealu, bo chciałam mieć dom i robić sztuke. Dom jest. Teraz trzeba bardzie zrobić sztuke… 













czwartek, 5 września 2013

WAW-NYC-MTL


Po prawej biegnie gęsty las, po lewej granatowe jezioro. Klimatyzacja odmraża kończyny. Obok siedzi profesor grafiki z Malagi. Rysuje komiks. Za 5 godzin zobaczę Brooksa, a od jutra będę mieć dom. Dom w Montrealu. Odhaczone kolejne marzenie z listy. Otwieram komputer. Mój pies ma raka. Przyszedł mail z zaproszeniem na wymianę na uniwersytecie w McGill. Rekrutacja na UW skończyła się dwa dni temu. Christina ma dla mnie prace - opieka nad autystycznym chłopakiem. Zawsze lepsze to niż smażenie burgerów w Krowie. Swoją drogą, spożyty na śniadanie wegeburger z mikrofali wierci mi potężną dziurę w brzuchu. Brzuchu, obiecuję, że już ci tego więcej nie zrobię. 
*
Do Nowego Jorku leciałam z 35 minutową przesiadką w Sztrasburgu. Obawiałam się, że mi ucieknie samolot, albo przynajmniej zgubią mi bagaż, a już na pewno eksplodują w nich nalewki mojej mamy, które uparłam się zabrać. Jednak nic z tych rzeczy. Ja i mój plecak dotarliśmy do Ameryki cało, zdrowo i na czas. Plan był żeby pozwiedzać muzea, ale że niosłam na sobie 30 kilo bagażu, ograniczyłam się do jednego. MoMA pokazuje aktualnie wystawę o dźwięku. Moja ulubiona praca to czarny pokój wypełniony ultradźwiękami wydawanymi przez nietoperze, ryby głębinowe i robaki. Ultradźwięki są niesłyszalne dla człowieka, ale ta laska obniżyła ich częstotliwość tak, żeby można je było usłyszeć. Dżungla, wielki błękit i przestworza w jednym. Ostra psychodela. Kolację jadłam na dachu domu w Brooklinie z widokiem na wieżowce Manhattanu. 
*
Właśnie skończyły się pierwsze od wielu lat wakacje, które spędziłam w Warszawie, zawsze przecież wyjeżdżałam latem za granicę. I muszę powiedzieć, że to miasto latem da się lubić! Uświadomiłam sobie również, że to jest moje miasto. Wszędzie umiem dojechać, wiem gdzie zjeść dobrze i tanio, kiedy jestem na mieście zawsze spotkam kogoś znajomego. Ale myślę, że wyjechałam w dobrym momencie. Zauważyłam, że jak za długo jestem w Polsce to ulegam praniu mózgu i wracam na dobrze utarte tory czarnowidzenia i czarnomyslenia. Przez ostatnie 4 miesiące wiłam się w bólach decyzji - "Should I stay or should I go?". Zupełnie nie wiem po co mi to było, bo przecież nie miałam czego wybierać, gdzieś tam po prostu wiedziałam, że jeszcze nie dokończyłam mojej podróży. Kiedy wyjeżdżam włącza mi się tryb 'wszystko jest możliwe'. Wyostrza mi się też intuicja, łatwiej mi się wyciszyć i skoncentrować. 



sobota, 13 lipca 2013

Byl sobie las


- Babciu, jak jestem u ciebie, to zawsze chodzimy ta sama droga. Moze tym razem skrecimy do lasu?
- Do lasu? Do jakiego lasu... Widzisz, jakie nam tu rowy narobili ciezkimi wozami? Wywoza drzewa z lasu a nam zostawiaja rowy. Kiedys byl tu piekny debowy las. Ale teraz nie ma juz lasu...

Tam, gdzie kiedys stal mur drzew, teraz roztacza sie widok na pusta przestrzen porosnieta wysoka trawa. Stoje na skraju zaginionego lasu, ktory pomietam z dziecinstwa jako wielki, ciemny i straszny. Fascynowal mnie, ale nigdy sie w niego porzadnie nie zanurzylam. Glownie chyba dlatego, ze nie za bardzo lubilam chodzic, a poza tym balam sie, ze sie zgubie. To, ze las byl, jest i bedzie wydawalo mi sie tak oczywiste jak to, ze slonce wstaje i zachodzi, wstaje i zachodzi. Ale jak widac fakt, iz las stal w tym samym miescu przez dwadziescia dwa lata mojego zycia, wcale nie znaczy, ze bedzie tam stac takze w roku dwudziestym trzecim. 

      - Jak to? - nie moge uwierzyc - Nie da sie tego jakos powstrzymac? Nie mozna czegos zrobic, zeby nie wycieli wszystkich drzew?
      - Wiesz, taka jest gospodarka lesnictwa. Chca na lesie zarabiac. Moze, jakby wszyscy mieszkancy wsi sie przykluli do tych kilku drzew, ktore jeszcze stoja, to by sie cos ostalo. Ale z tego co wiem, to ludzie nie maja tu takich pomyslow.

Babcia nie pozwala mi isc do niewidzialnego lasu. Mowi, ze trawa jest mokra i mi buty przemokna.
Kontynuujemy w milczeniu spacer po szosie. 

- Kinga, a ty sie przytulasz do drzew?
- Wiesz, kiedys sie tam przytulalam. A co? Chcesz sie przytulic?
- No...
To chodz, przytulimy sie do tego duzego debu.