Translate

niedziela, 30 grudnia 2012

Sierra Nevada

Maly domek zawieszony nad wodospadem. A wlasciwie nie domek tylko drewniana podloga przyslonieta dachem z suchych lisci. Trzy hamaki i wielkie ognisko w centrum. Mezczyzni spia w hamakach, bo sa powietrzem, a kobiety spia na podlodze, bo sa ziemia. Lezac na twardych deskach miedzy ogniem a przepascia, z kotem na plecach i szamanem zawieszony w hamaku nade mna zastanawialam sie jakaz to dziwna droga przyprowadzila mnie z odleglej katolickiej Polski az do centrum pieknego Indianskiego rytualu, ktorego nie potrafie ani zrozumiec ani opisac. Bylam pewna, ze jesli usne to albo sie spale, albo spadne w przepasc. Ale Mamo Augustin powiedzial, ze on nie bedzie spal i ze nie ma sie czego bac, ze musze ufac. Zatem usnelam. We snie lewitowalam nad ostrymi skalami. Obudzil mnie o 5 rano okadzil dymem i kazal wykapac sie w gorskim strumieniu i uwaznie sluchac duchow, ktore w nim spiewaja oraz graja na bebenkach. Woda byla bardzo zimna. Potem kazal mi sie kapac jeszcze cztery razy.

Zona Mamo nauczyla mnie szydelkowania. Kobiety musza plesc, zeby swiat sie toczyl. zeby slonce wstawalo. Zeby ksiezyc rosl i malal. Zeby ziemia sie krecila. Cyrkularny ruch igly nadaje ped wszelkiemu zyciu. Zrobienie jednej torby zajmuje miesiac. Zeby nauczyc sie dobrze plesc musisz spedzic nad tym trzy lata. Szydelkowanie jest praca duchowa. Jest medytacja. Jego celem nie jest zrobienie torby, ale oczyszczenie umyslu. Bycie tu i teraz. Bycie w pelni obecnym wobec tej prostej, repetytywnej czynnosci. Pokochalam moja igle.

Sierra Nevada to swieta gora Indian Kogi. Jest ona najwyzsza gora w Kolumbii. U jej podnoza lezy morze koralowe, a jej szczyty pokrywa lodowiec. Jest to miejsce, gdzie na najmniejszej powierzchni ladu dokonuja sie najbardziej drastyczne zmiany wegetacji i klimatu. Indianie nazywaja Sierra Nevada piramida swiatla. Sami uwazaja sie za straznikow Ziemi. Wykonuja ciezka prace duchowa dla calej ludzkosci, zeby przywrocic pokoj miedzy czlowiekiem a natura.

Przez dwie pelnie odpiawialismy rytualy zwiazane z oczyszczaniem nowego domu. Na zmiane w ciszy i skupieniu a potem w ekstatycznym tancu tkalismy przestrzen duchowa, wypelnialismy dom swiatlem i piesnia. Szaman Mamo kazal nam spiewac dla deszczu, nieba, gwiazd, zab i kolibrow. Potem kazdy dostal po lisciu bananowca i w tancu mial wysprzatac nim swoje cialo, a potem wszystkie brudy swiata. O swicie znowu zimna kapiel. Bylam bardzo szczesliwa i bardzo zmeczona. Wrocilam do mojego hostelu w  cywilizowanej Tagandze. W drzwiach przywital mnie Frank - kolumbijski chlopiec, ktorego znam tylko z widzenia. Powiedzial, ze wygladam inaczej, ze sie zmienilam. Zapytal, gdzie bylam. Powiedzialam, ze z Indianami w Sierra czyscilam swiat przez dwa dni i dwie noce. Oczy mu rozblysly i rozstrzesiony zaczal:
- Powiedz mi jak to jest ze ty przyjezdzasz tu z takiego odleglego odleglego kraju i od razu czujesz to czego nie czuja ci mlodzi ludzie mieszkajacy u podnoza tej gory cale zycie? Dlaczego kiedy ci patrze w oczy to widze ze jestes rodzina, chociaz moja skora jest ciemna i Indianska a twoja biala jak papier?
- Dziekuje. Bardzo sie ciesze ze to dostrzegasz. Jakim cudem tu trafilam? Sama sie zastanawiam. Ale ja chyba tego po prostu dlugo dlugo szukalam. I teraz wiem, ze znalazlam i moge odpoczac.
Przytulilismy sie a ja poszlam znalezc wode, jedzenie, milosc i sen.
Zaczelam od tego, ze znalazlam Brooksa. W sytuacji, w ktorej ciagle jestem sama, cieplo jego ramion jest jak powrot do domu.

Jest w tej historii duzo dzior. I jeszcze nie wiem jak ja opowiedziec. Ale wiem z czasem znajde sposob i medium. Od nowego roku ide mieszkac z Mamo do jego wioski, zyc z Indianami i uczyc sie plesc.

niedziela, 23 grudnia 2012

Merry Christmas


Szlam sobie ulica w Tagandze i nagle wyskakuje mi przed nos kolumbijski chlopiec i krzyczy "Boze, boze jakie ty masz piekne oczy, blagam napij sie ze mna piwa, jesli sie zgodzisz to bedzie moj najlepszy dzien w zyciu". Usmialam sie niezle, a goraco bylo koszmarnie, wiec mysle sobie, ze nie pogardze darmowym, zimnym drinkiem. Przy placeniu w sklepie chlopiec musial sie targowac ze sprzedawca, bo byl tak biedny, ze mu na 2 piwka nie starczylo. Usiedlismy na chodniku i tak poznalam "locos", czyli wariatow - subkulture podroznikow, ktorzy na zycie zatrabiaja plotac ze sznurkow ornamenty rodem z Alhambry, robiac z drutu indianskie naszyjniki, a z koralikow komponuja pejzarze zamkniete w branzoletkach. Jak tylko tam usiadlam zostalam obdarowana mnostwem prezentow. Za kazdym razem, jak zakladaja ci na reke nowy sznurek musisz pomyslec zyczenie. Byly dni, ze mi juz marzen brakowalo (szczegolnie, ze tu takze gwiazdy spadaja jak glupie). Nelson, w minute zrobil dla mnie pierscionek i kolczyk, a potem zaprosil mnie zebysmy spedzili razem koniec swiata. I tak tez zrobilismy. Rzucilam moja prace w centrum nurkowym i wybralam sie z nim na dzialke do jego znajomych wariatow. Pracy mi nie bylo specjalnie szkoda, bo jestem fatalnym sprzedawca i zamiast namawiac ludzi, zeby cos kupili ladowalam w 3 godzinnych konwersacjach o zyciu i smierci, wiec i tak milionow by z tego nie bylo. 
Nie za bardzo wiedzialam gdzie jedziemy, ale mysle sobie ze wszystko jedo jesli swiat ma sie zaraz skonczyc, moge sobie zafundowac cos szalonego. Okazalo sie, ze podrozowanie z Kolumbijczykiem jest 5 razy tansze i o wiele ciekawsze niz podazanie szlakiem gringos wytyczonym przez Lonley Planet. Po 2 godzinach drogi wyladowalismy w dzikiej, dzikiej dzungli w domu pelnym hipisow z roznych stron swiata i kolumbijczykow kultywujacych tradycje indian Kogi. Naokolo rosna drzewa z mandarynkami, pomaranczami i owocami pomelo. Na ziemi walaja sie wielkie kokosy. 5 minut od domu jest wodospad, w ktorym mozna sie kapac skaczac ze skaly. Nie ma swiatla a do najblizszej cywilizacji godzina marszu. 
Celebrowalismy koniec swiata lezac nad strumieniem, obserwujac malpy skaczace po drzewach i sluchajac co nam maja do powiedzenia duchy mieszkajace w wodzie. Mezczyzni cala noc pilnowali ognia rzujac liscie koki, ktore jak twierdza wypelniaja ich ciala slodkim swiatlem. Takiego miejsca wlasnie szukalam. Z radoscia przyjelam zaproszenie na Wigilie. Zostane tam, bede robic wooffing i uczyc sie od "locos" plesc piekne naszyjniki i branzoletki, ktorymi wszystkich po powrocie szczodrze obdaruje. Ta wyprawa zaowocowala tym, ze wczoraj ostantacyjnie wyrzucilam Lonley Planet. Jedynym minusem mojej przeprowadzki do dzungli jest to, ze oprocz wariatow mieszkaja tam takze wielkie pajaki, karaluchy, jadowite weze i skorpiony. Niby trzeba sie z nimi obchodzic jak z bracmi, bo dzungla to takze ich dom, ale niezle mnie wykreca na widok tarantuli i szczerze mowiac mam watpliwosci czy rzeczywiscie jestemy spokrewnione... 

***

Troche zdjec spod wody - gwiazdkowy prezent od taty :)




Zycze wszystkim wesolych swiat, a sobie zycze zeby w Wigilie byla ze mna myslami moja rodzina i moi przyjaciele za ktorymi bardzo, bardzo tesknie. I dobrze, ze sie swiat nie skonczyl, bo dzieki temu jest duza szansa, ze was jeszcze kiedys zobacze.

***
Taganga, sobotni poranek.

wtorek, 18 grudnia 2012

Foto

Jest 6.00 rano. Nie moglam w ogole dzis spac. Troche adrenalina, ale troche tez smutki. Jakos mnie te swieta dopadly i mi teskno do domu i do rodziny.. :( Ale uwielbiam spanie w dormitoriach. Czuje sie jak duze dziecko na lezakowaniu. Kazdy cichutko, sam w swoim lozeczku, daleko od domu i chyba kazdemu czasem teskno. Powietrze pachnie pieknymi snami, bo ci ludzie umieja marzyc.

***
Z nocy na rajskiej plazy







A oto swietlik! Nad morzem odkrylam nowe swiecace stworzenia. Plankton! Przejezdzam reka po wodzie a za nia pojawia sie iskrzaca smuga. I czuje sie jak dzwoneczek z Piotrusia Pana. Albo najlepiej jest chlapac, wtedy plankton wyglada jak fajerwerki w wodzie. A swoja droga Kolumbijczycy kochaja fajerwerki. W zasadzie kazda okazja jest dobra, ale najlepiej o pelnej godzinie pod kosciolem przy biciu dzwonow. Widzialam raz dziadka, ktory w poludnie podczas mszy niedzielnej stal w drzwiach katedry z fajerwerkiem w jednej i petem w drugiej rece. Podpalal knot papierosem, zaciagal sie, nastepowal wybuch i wtedy dziadek bral nastepnego fajerwerka i tak w kolko. 

***

No i zrobie wyjatek wrzuce troche normalnych zdjec, na ktorych widac troche Kolumbii.

Korzenie gigantycznego drzewa w drzungli.

Pueblito - ruiny starozytnej wioski Indian.

Reklama Kindla za ktora zarobie miliony.









   


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Dzungla i lucid dreaming

Poszlam do dzungli. Do wielkiego parku narodowego Tayrona - swietego terytorium indian, raju dla serferow i milosnikow przyrody. Wybralam najdluzsza i najtrudniejsza z mozliwych drog i najgorsza godzine na chodzenie, gdyz postanowilam, ze nie bede placic kosmicznej ceny za wejscie do parku. Pierwszego dnia maszerowalam 4 godziny w 30 stopniowym upale wsrod gigantycznych drzew, motyli i pajakow. Wszystko po to, zeby na koniec znalezc sie na plazy marzen, takiej jak z najbardziej kiczowatej pocztowki. Bialy piasek, turkusowa woda, wielkie fale rozbijajace sie o skaly. W dzien potykasz sie o kokosy w nocy zasypiasz w hamaku pod gwiazdami muskana powiewem rzeskiego wiatru, przy szumie wzburzonego morza. Po jednym dniu lezenia na plazy i smazenia sie w sloncu stwierdzilam ze to nie dla mnie, ze dluzej nie wytrzymam i ide szukac przygod.
Wybralam sie do ruin starozytnego miasteczka w sercu parku. 3 kurwa godziny caly czas pod gore. Moi towazysze podrozy nie byli specjalnie zainteresowani starymi kamieniami i gdy dotarlismy do Pueblita, oni przemkneli nie rozgladajac sie nic a nic, pospieszyli czym predzej do najbardziej zatloczonej i bananowej plazy w parku. Dobra jak sa glupi niech sobie ida, krzyzyk na droge zostaje sama, nie po to sie tu tluklam, zeby sie nawet nie rozejrzec, no a poza tym jestem licencjowanym antropologiem - obowiazek wzywa. Pomachalam im i z pycha patrzylam jak mi maleja w oddali, wsrod lisci bananowcow i spiewu tropikalnych ptakow.
I zaraz po tym jak mi znikneli wpadlam w panike. O kurwa jestem sama w dzungli. A ja nawet w gorach nigdy sama nie bylam. Jest 4.00, o 6.00 robi sie noc, przede mna niby godzina drogi, ale co jak sie zgubie? skrece kostke? albo napadna mnie weze, skorpiony i tarantule? Oj sie wystraszylam i bardzo chcialam do mamy. Zrobilam kilka szybkich fot w tych ruinach i biegiem na dol.  Musialam isc najmniej uczeszczana droga zeby mnie nie zlapala kontrola za brak biletu. Wiec szanse na smierc byly wzglednie wyzsze. Naprawde przebieglam ta dzungle. I zrobilam w 25 minut to co sie robi w godzine. I nic mnie nie zjadlo. Spotkalam po drodze tylko male malpki i wielkie swinki morskie - serio, serio nie zartuje byly wielkosci grubych krolikow, bardzo dziwne zwierzeta. No nic, zlana potem dotarlam do plazy nudystow, zrzucilam ubranie i siup to morza. Bardzo dobra to byla kapiel! Ale nie za dluga, bo ciagle nie widac bylo obozowiska. Wtedy juz bylam spokojna, ze nie umre zagubiona w tropikalnym lesie, ale pojawil sie nowy wrog a mianowicie migrena. Bo za malo wody wypilam. Dotarlam do jakis hamakow, licza sobie 20 za noc a ja mam w portfelu 8. Chuj ide dalej, juz sie sciemnia, pytam napotkanej pani ze stadem koni ile jeszcze do tego taniego obozu. Ona ze godzina, a zachod slonca za 20 minut. Pyta czy chce konia. Ja w smiech. Pewnie, ze chce, ale nie mam kasy nawet na camping. Idziemy tak ramie w ramie w milczeniu. Ona na koniu, ja pieszo z moim plecakiem i bolem glowy. I w koncu ona mowi ze mnie wezmie za darmo. Dala mi konia i popedzila go klusem a potem nawet troche galopem.
Ostatnio jezdzilam na koniu jak mialam 15 lat. W Rosanowie na padoku. Nie w dzungli, nie kurwa stromo i slisko, nie po wielich kamieniach i nie przez rzeke. Pierwsza mysl byla taka, ze absurd siegnal zenitu, nastepna, ze to jest lepsze niz bungee. Mialam wrazenie, ze za kazdym razem jak odbijam sie od siodla, to impuls leci do glowy, tlucze sie o czaszke i rozsierdza moja migrene. Jakos przezylam i koniec koncow bylam tej pani chyba wdzieczna. Ona na koniec, ze niech mnie Bog ma w opiece i Swieta Panienka bezpiecznie przez zycie prowadzi, i ze jak kiedys bede przejezdzac kolo jej domu to tylko jedzenie musze ze soba przyniesc, a tak to moge mieszkac za darmo jak dlugo chce. Zostawila mnie na rostaju drog i powiedziala - "Idz prosto a dojdziesz". I pojechala.
Rozgladam sie dookola i widze jakies namioty. Weseli chlopcy machaja do mnie latarkami. Jak sie dowiedzieli skad przyszlam, wszyscy po kolei uscisneli mi dlonie, oddali mi swoje jedyne rybackie krzeselko i poczestowali trawa. Niby nie pale, ale wszystko mi bylo jedno. Okazalo sie, ze nie mieli hamakow w tym obozowisku. Juz myslalam, ze to jest moment, kiedy podrzynam sobie gardlo moim plastikowym, zielonym nozo-widelcem. Ale wtem, jeden z owych kolumbijskich chlopcow powiedzial ze ma wolne miejce w namiocie i ze zaprasza. Nawet byl przystojny, wiec mysle ze lepsze to niz dzungla. Jak sie okazalo, nawet wyjatkowo ten kolumbijczyk nie mial wobec mnie niecnych planow i dostalam dla siebie cala sypialnie a on spal w osobnej czesci namiotu. Spalam 13 godzin w oblesnym zaduchu bez karimaty - za darmo wiec starczylo mi na sniadanie. Snilo mi sie, ze kupowalam czerwony mini odkurzacz obejmujac 2 pieknych chlopcow, a na czerwonej skorzanej kanapie siedzial Bartek i plakal. Jak sie obudzilam okazalo sie, ze dotarlam do bardzo pieknego miejsca. Choc trudno mi bylo w to uwierzyc, jeszcze bardziej pocztowkowego niz poprzednie. Okazalo sie, ze z tymi chlopcami sa tez i dziewczyny - jedna z Serbi, druga z Rosji, a trzecia ze Slowacji. Pierwsze osoby ze wschodniej Europy jakie spotkalam w Kolumbii. Po dobrej dawce przygod nie przeszlo mi juz przez mysl narzekac na monotonie lezenia na plazy.

Jak wrocilam do hostelu, ktory aktualnie nazywam domem i spojzalam w lustro, z triumfem stwierdzilam, ze bardzo ladnie sie opalilam. Niestety potem sie okazalo, ze bylam tylko brudna...
Wlasciciele hostelu przywitali mnie tu usciskami i calusami, podarowali swierzo zlowiona rybe, z ktorej zrobilismy piekna kolacje. Mamy tu obok hamaka i wiatraka sztuczna choinke ubrana w sztuczne winogrona. W miescie apogeum kiczu - kolorowe mrygajace lampki. Mikolaj z reniferami przemyka miedzy palmami i swiatecznymi tukanami.

Ale, ale! Jeszcze przed tym jak poszlam do dzungli zdarzylo sie cos super wyjatkowego. Cos na co czekalam od roku. Mialam pierwszy w zyciu swiadomy sen! Snilo mi sie, ze opowiadam komus moj sen i wtedy mysle sobie - "Hola, hola, przeciez ja caly czas spie, wiec jak moge opowiadac komus moj sen? Przeciez on caly czas trwa!" I w tym momencie mnie olsnilo, ze skoro spie i o tym wiem we snie, to jak nic to jest wlasnie lucid dreaming! Tak sie zajaralam, ze od razu zaczelam sie martwic, ze w kazdej chwili moge sie obudzic. Wiec szybko, szybko - musze wymyslic, o czym chce snic. Latac! Latac postanowilam najpierw. Stalam w tlumie ludzi. Mocno odbilam sie od ziemi i znalazlam sie nad nimi. Obserwowalam uwaznie obce twarze, a potem pomyslalam, ze chce spotkac Dustina. I prosze pojawia sie Dustin jak zywy. Nie powiem, co bylo dalej, ale gwaltownie sie przebudzilam i to mnie skutecznie przekonalo, ze na prawde spalam.
Jestem najszczesliwsza na swiecie, ze mi sie w koncu udalo doswiadczyc lucid dreaming, bo probowalam juz od bardzo dlugiego czasu. Uwazam, ze warto sie wyszkolic w swiadomych snach, bo w koncu spimy przez pol zycia. Dlaczego zatem mamy tyle czasu przewegetowac? Mozna sobie spelnic wszystkie marzenia i doswiadczyc wrazen jakich nie da sie doswiadczyc w realnym swiecie. A poza tym cwiczysz umysl - wyobraznie i koncentracje. Jakby ktos chcial sprobowac, to dobrze jest zaczac od spisywania swoich snow codziennie, tuz po przebudzeniu. Dla mnie samo to zadzialalo, ale sa jakies tam rozne triki w stylu, ze gaszac swiatlo przed snem koncentrujesz sie zeby ci sie to przysnilo, bo we snie nie da sie zgasic swiatla - nie umiemy snic o nicosci. Albo inny trik, zeby spojrzec na zegarek przed snem i probowac snic o patrzeniu na zegarek, bo niby nie da sie odczytac cyfr we snie. Rozmawialam z wieloma osobami, ktore maja swiadome sny i niektorzy stosuja sztuczki, a innym przychodzi to naturalnie, kiedy codziennie sledza swoje sny.

Z innych waznych wiadomosci, rozdzielilismy sie z Brooksem i aktualnie podrozuje sama. Czasem troche mi samotnie, ale dobrze. Spotykam duzo fajnych ludzi, chociaz small talk mnie wykancza. Ale radze sobie i to z jakimi przygodami! I cwicze wiecej hiszpanski. Ale jesli swiat sie nie skonczy spotkamy sie z Brooksem na swieta.

Zdjecia jutro, albo jakos niedlugo.

środa, 12 grudnia 2012

3 rodziny, 6 psow i 4 golebie

Jakby ktos watpil w to, czy na swiecie sa jeszcze prawdziwi cyganie, to niech lepiej szybko uwierzy. Bo ja widzialam, dotykalam i przysiegam ze sa! Sa w kazdym calu prawdziwi. Mieszkaja w namiotach na obrzezu malutkiego miasteczka Villa de Leyva i tworza bardzo biedna i bardzo namietna trupe cyrkowa skaldajaca sie z 3 rodzin, 6 psow (w tym 5 szczeniakow) i 4 golebi. Prawie wszyscy, ktorych poznalam to dzieci urodzone w cyrku. Wiekszosc z nich nawet nie pamieta swojego pierwszego wystepu. Bo wystepuja od zawsze. Cale zycie podrozuja. Cyrk nigdy nie jest w jednym miescie dluzej niz dwa tygodnie. Co najbardziej kochaja w cyrku? - Pieniadze! Mowia bez mrugniecia oka, jakby to byla najoczywistsza odpowiedz na swiecie. Cyrk to dla nich praca jak kazda inna. Sa zadowoloni z tego jak zyja, ale nie uwazaja sie za artystow. Z duma wymieniaja najwieksze zalety swojej pracy - duzo podrozuja, maja kablowke, kuchnie polowa i wykladziny w namiotach. W wolnym czasie spia, wyglupiaja sie i pala papierosy. Przyznaja bez zenady, ze ich cyrk jest brzydki i zaniedbany. Ale wiekszosc z nich nie ma innego wyboru - los zdecydowal za nich, ze jedyne  czym so dobrzy to robienie magicznych sztuczek, akrobacji tudzuiez opowiadanie dosadnych zartow. Oto oni:


Karen – moja rowiesniczka, corka wlasciciela. Jest dzieckiem urodzonym w cyrku. Wystepuje od zawsze. Wykonuje numer kobieta-foka noszac plastiwowe, wyszczerbione krzeslo na czole. Jako jedyna w cyrku ma swoj wlasny namiot i wiekszosc wolnego czasu spedza przed lustrem. Z tego powodu wolaja na nia Ksiezniczka Fiona. Ma 2-letniego synka, ktorego prawie nigdy nie widuje. Synek mieszka z jej mama, bo Karen nie chce, zeby zyl w cyrku, ani zeby uczyl sie na cyrkowca. Kiedy byla w ciazy ani na chwile nie przestala wystepowac – pracowala az do ostatniego tygodnia przed porodem. Uszyli jej specjalna sukienke zeby nie bylo widac brzucha.


Julio – szef cyrku. Kupil ten cyrk 2 lata temu, wczesniej mial wiekszy i piekniejszy cyrk, ale nie byl w stanie go utrzymac. W mlodosci robil sztuki na trapezie i chodzac na szczudlach. Dzis jest klaunem i spikerem w cyrku.

 

Ingrid – zostala oddana na wychowanie do wujkow, ktorzy byli cyrkowcami. Poszla do normalnej szkoly, ale jej sie nie podobalo. Wybrala zycie w cyrku – dla siebie, swojego partnera, dwojki dzieci i piatki psow. (Albo dwojga i pieciorga – nigdy nie wiem, od 22 lat sie ucze, ale nie opanowalam jeszcze biegle Polskiego.)


Astrid – ma 14 lat i jest najwiekszym skarbem cyrku. Jej specjalnosc to triki na wysokosci, potrafi krecic 20 hula hop na raz i umie zrobic taki mostek, ze lokciami dotyka piet. W spektaklu wystepuje pod pseudonimem kobieta-motyl. Skonczyla podstawowke i nie poszla dalej do szkoly. 


Leo – partner Ingrid. Wyladowal w cyrku, bo Ingrid powiedziala mu, ze jesli chce byc ojcem jej dzieci to musi wstapic do cyrku. Nie bylo wyjscia musial zostac klaunem. Uwielbia opowiadac rubaszne zarty – na scenie i za kulisami, nie ma znaczenia. Nauczyl mnie slow “kupa” i “pierdziec” po hiszpansku. Nigdy nie zdejmuje z szyji rozanca, a nad jego polowka w namiocie wisi zlota Matka Boska.


Magik - urodzony w cyrku, robi numer ze znikajacymi golebiami oraz z ciagnieciem samochodu zebami. Powiedzial mi ze nie ma prawdziwej magii, sa tylko triki.



Marcela  - zona magika, sprzata w cyrku. Spi z coreczka na poslodze w namiocie rodziny Ingrid.


Neomi – ma 3 lata. Ciagle pcha sie na scene i pozuje mi do obiektywu robiac szpagaty i syrenki. Rodzice - Marcela i Magik na razie nie ucza jej sztuczek, chca zeby sama zdecydowala co chce w zyciu robic, kiedy bedzie wystarczajaco duza.


Marysol – Jej imie znaczy “morze i slonce”, ale wszyscy wolaja na nia Gruba. Gotuje dla wszystkich czlonkow, cyrku, a podczas wystepow sprzedaje dzieciom kolorowy popcorn i jablka nadziane na patyk pokryte czerwona, cukierkowa warstwa zwane “manzana de amor”. Kiedy dzieci jej podrosly a maz ja bil tak, ze juz nie mogla wytrzymac, postanowila uciec z domu. Jakims cudownym trafem przez miasto akurat przejezdzal cyrk, to byla dla niej wyjatkowa okazja zeby zniknac.  W cyrku znalazla nie tylko dom, ale i nowa milosc – poznala tu swojego obecnego partnera Federico. Mowi ze jest dobrym mezczyzna, bo nie bije i pomaga jej gotowac. Niedlugo spodziewa sie pierwszej wnoczki. Imie musi sie zaczynac na “K”. Marysol twierdzi, ze zrobi wszystko zeby naowic corke zeby nazwala dziecko Kinga J


Federico – zlota raczka, partner Marysol. 


Fernando – czlowiek-guma, potrafi zalozyc obie nogi na glowe. Wystepuje od 4 roku zycia. Rodzice od malego uczyli go jak przestawiac sobie stawy. Dzieki temu potrafi wyginac rece na lewa strone. Wyglada to makabrycznie, ale twierdzi ze nic nie boli.



? - niestety nie zapisalam jego imienia. Wystepuje w spektaklu jako Papa Smerf.


Josef – jest panem od trzymania liny i wciagania akrobatek pod sufit. W cyrku pracuje od 6 miesiecy. Pochodzi ze wsi, jest bardzo dumny z tego ze jest czescia trupy. Mieszka w namiocie z kuchnia. Nie ma swiatla, ale jest lozko. Byl bardzo zaszczycony, ze robie mu zdjecia i z duma pokazal mi swoja sypialnie. 









środa, 5 grudnia 2012

Circo Royal

Kiedy pierwszy raz zobaczylam to miejsce, pomyslalam sobie, ze kiedys musial tu stac piekny cyrk, i ze jaka szkoda, ze dzis na jego zgliszczach mieszkaja bezdomni. Co prawda na obdrapanej bramie wisiala tablica z napisem: "Dzis 7:45!", ale przeciez znak moze sobie tam wisiec od lat, a tak w ogole to w Ameryce Poludniowej slowo "dzis" wcale niekoniecznie znaczy to co zwykle. Tak sie wlasnie sama przekonywalam. I chyba chcialam w to wierzyc. Bo wszystko w tym cyrku wygladalo jakby nalezalo do przeszlosci. Jak tak w wielkim skupieniu studiowalam szkielet okraglego namiotu, w koncu jeden z owych "bezdomnych" podszedl do mnie i zaprosil mnie na wieczorny spektakl. Wtedy stalo sie dla mnie jasne jakie mam plany na reszte dnia. Nie wiedzialam ze przygoda wydluzy sie z jednego dlnie na okres jednago tygodnia.

Zakupilam bilet dla doroslego w cenie 6 zl. Zaopatrzylam sie w kubeczek startego mango z sola i limonka, a nastepnie zasiadlam na pustych trybunach zlozonych z rozklakotanych chudych desek i wtedy wlasnie uswiadomilam sobie ze pierwszy raz w zyciu jestem w cyrku. Glos w megafonie przygotowywal mnie i  marna garstke pozostalych widzow na najlepszy spektakl na swiecie, na wydarzenie, ktore zmieni nasze zycie. "Kupujcie, kupujcie, kupujcie bilety!" - wrzeszczal glos. Na koniec puscili muzyke z Star Warsow, a publicznosci ukazala sie pierwsza gwiazda wieczoru. Pani w srednim wieku ubrana w czarno-zielony lateks zasiadla na metalowym kole zwieszanym z sufitu a dwuch panow trzymajacych z boku line od tegoz kola wciaglelo ja pod sufit, gdzie wykonala szeroka game zgrabnych akrobacji. Jak to zobaczylam stwierdzilam ze to kupuje. Z calym tym kiczem, brudem, potworna prowizorka, kupuje w kazdym calu. Ukradli moje serce chyba w pierwszej kolejnosci ci panowie od ciagniecia liny  w polaczeniu z motywem wejscia Lorda Vadera. Wiadomo, ze super smieszne i wielce urocze. Ale przez ta tandete przebijalo cos jeszcze co mnie bardzo uzeklo. A mianowicie ze w tym szalenie biednym kraju, gdzie ludzie kradna na potege, bo inaczej nie da sie wyzyc, sa i tacy, ktorzy z wielka godnoscia ciezko pracuja i co wieczor robia to wyjatkowe, kolorowe i jak na swoje zasoby bardzo widowiskowe i profesjonalne show, ktore pozwala widzom przeniesc sie chociaz na chwile do innego, magicznego swiata.

I tak wlasnie zakochalam sie w cyrku i jak tylko sie skonczylo oswiadczylam wlascicielowi kompanii ze chce zrobic reportaz, a on bardzo zaszczycony wyznaczyl mi termin  spotkania. Kiedy przyszlam nastepnego dnia wszyscy czekali przed brama. Nie rozpoznalam ich, bo nie byli przebrani. Idac tam modlilam sie zeby mnie wpuscili na zaplecze chociaz na kilka minut. Z wielka radoscia otworzyli dla mnie swoje domy i pozwolili mi fotografowac wszystko ile tylko chcialam. Przychodzilam kazdego dnia. Jedna dziewczyna bardzo chcialam zebym ja czesala przed kazdym wystepem i pozyczala jej kolczyki do numeru z tresowanym psem, co z luboscia czynilam. A kiedy przenosili sie w inne miejsce pomoglam im sie spakowac i na 3 tury przeprowadzic moim rozklekotanym jeepem caly ich zyciowy dobytek. Od kucharki dostalam branzoletke w arbuzy, a sprzataczka bardzo nalegala zebym odwiedzila ja w rodzinnym miasteczku i zostala choc na jedna noc w jej domu. A na koniec wlasciciel cyrku z ogromna powaga zaoferowal, zebym podrozowala z nimi i pracowala jako akrobatka. Czasem sobie pluje w brode ze sie nie odwazylam, bo to by byla niezla przygoda.

No nic. Dosc tego gadania. Po to zdjecia zrobilam, zeby one mowily za siebie.





















Bedzie wiecej. Napisze wiecej, ale na razie nie chcialam dac za duzo kontakstu, bo mam mieszane uczucia, co do tych zdjec. Bede bardzo wdzieczna za komentarze. Zanim opisze ich historie chcialabym sie dowiedziec co wy widzicie na tych zdjeciach. Jakie wrazenia, jaka to opowiesc. Jak ktos nie lubi publicznie to na maila pisac!