Translate

wtorek, 30 października 2012

Huragan

Wreszcie nadszedł wyczekany dzień wylotu. Wszystko gotowe, spakowane, plecaki dopięte na ostatni guzik. Budzę się rano podekscytowana do bólu brzucha. Staję na baczność z zamiarem podbicia Ameryki Południowej, a wtedy Brooks informuje mnie z charakterystycznym dla siebie spokojem, że nadchodzi wielki huragan i mają ewakuować Nowy Jork. Wstrzymano autobusy, a bilety na pociągi są wykupione. Boże, Boże jak my się dostaniemy na to lotnisko, które jest 1,5 godziny drogi od Montrealu?? Sprawdzaliśmy stronę Spirit Airlines co 5 minut, ale nasz lot jakimś cudem nie był ani opóźniony, ani odwołany. Zadzwoniliśmy na dworzec, żeby wybadać, kiedy przywrócą autobusy na lotnisko. Pan nas szyderczo wyśmiał i pouczył, że skoro autobusy są odwołane, a autobusy jeżdżą po ziemi, to nie ma takiej siły, żeby samoloty, które fruwają w powietrzu kursowały w czasie huraganu. Też byłam podobnego zdania, ale linie lotnicze nadal nas zapewniały, że odlecimy zgodnie z planem. Brooks sugerował, że może samolot ominie huragan bokiem. Tata był zdania, że przelecimy ponad. Nie podzielał mojej histerii, był zupełnie spokojny. Wyznał, że gdyby to byłoby lotnisko w Polsce to widziałby powody do zmartwienia, ale w Stanach?? Nie ma mowy. Wierzy w system. Na pocieszenie opowiedział mi kawał o Żydach. Hm... No cóż nie będę się kłócić z inteligentnymi mężczyznami, jak przygoda to przygoda. Polecimy w huragan - będzie o czym napisać na blogu. Zaskajpowałam do mamy i zasugerowałam, żeby sobie zapamiętała dobrze moją twarz, bo zaraz będę przelatywać nad albo obok wielkiego huraganu. Mamie mój żart się nie spodobał. I zamiast się śmiać zaczęła panikować i z wielką powagą ogłosiła, że umrze jeśli nie dam znaku życia w przeciągu 24 godzin. Kolega nas zawiózł samochodem na lotnisko. Brooks miał podejrzenia, że nas tam wyśmieją, jak tylko się pojawimy przy checkinie, ale i tak pojechaliśmy. Było gorzej niż przewidział... Wchodzimy na lotnisko a tam ani jednej żywej duszy. Puściusieńko, wszystko zamknięte. Tablica z odlotami krzyczy na czerwono C A N C E L E D. No oczywiście, że canceled. Kto lata w huragan? Od ochroniarza dowiedzieliśmy się, że Spirit odwołał loty godzinę temu – czyli dokładnie wtedy, kiedy wyjechaliśmy z Montrealu. Dżizys, czyli z powrotem do domu. Lot przełożyli nam na 11 listopada. Jarałam się , że przynajmniej zobaczę huragan, ale po 5 minutach stania na balkonie stwierdziłam, że rzeczywiście jest bardzo wietrznie, ale mało ekscytująco. Trochę mam rzyga na myśl, że muszę tu siedzieć jeszcze 2 tygodnie...

No nic, przynajmniej jutro Halloween. Meghan postanowiła być czymś okrągłym z długimi nogami. Uszyła sobie najbardziej odlotowy kostium jaki w życiu widziałam – będzie księżycem w pełni. Zrobiła z gąbki od materaca wielką kulę, którą pomalowała na szaro-błękitno i obsypała brokatem... Jak ją zobaczyłam to od razu przypomniała mi się historia mojego pierwszego w życiu balu przebierańców z przedszkola. Mama mnie przebrała za truskawkę. Pewnie mama myślała, że to bardzo urocze przebranie. Ale ja wcale tak nie myślałam, chciałam być księżniczką, tak jak wszystkie dziewczynki. Zamiast tego miałam na głowie zielony czepek i czerwoną truskawkę w miejscu tułowia. Wyglądałam jak gruby balon, a na dodatek trochę sobie obsikałam tę truskawkową sukienkę i cały bal przesiedziałam w kącie będąc bardzo bardzo zawstydzoną truskawką. Z tych przyczyn nie mam żadnej ciekawości, żeby być czymś okrągłym. Będę motylem. Mam różowy kostium jednoczęściowy z niebieskimi skrzydłami i wyglądam, jakby mnie wyjęli z secesyjnych obrazów Muchy. Jest to dla mnie absolutnie idealne przebranie, bo ja jestem słodka i kolorowa, i bardzo skromna – zupełnie jak motyl. Brooks natomiast będzie wilkiem w skórze owcy.











***
Przydarzyła mi się bardzo miła historia. Zamailowałam do mojej pani profesor z McGill, że jestem w Montrealu i czy mogę wpaść na dyżur pogadać. Ona na to, że jej biuro jest brzydkie i, że lepiej zorganizuje przyjęcie i zaprosi mnie do swojego domu. Wysłała wszystkim swoim studentom zaproszenie na brunch dla Kingi i napisała w tytule – do wszystkich, którzy znają Kingę, albo powinni ją poznać :) Było suuuper. Przepiękne jedzenie. Przepiękne, ogromne mieszkanie pełne antyków i świetnych fotografii – bo to pani od teorii fotografii. Hannah przyjechała specjalnie z Ottawy. I piliśmy szampana z sokiem pomarańczowym. Hahaha no i mam radochę, że oficjalnie zaliczyłam pierwszy w życiu alkohol spożyty z nauczycielem. Prywatny kontakt z profesorami to jest coś czego mi totalnie brakuje w Polsce. Dla podkreślenia kontrastu wspomnę tylko, że w Warszawie sikałam w majtki ze szczęścia, kiedy dostąpiłam zaszczytu siedzenia z profesorem Godlewskim na ławeczce przed instytutem.

wtorek, 23 października 2012

Rower, liście, urodziny, smutki i sutki.


Pożyczyłam od Meghan rower i samochód mnie potrącił. Nie za bardzo, tylko trochę. Bardzo mało. Ale i tak się przestraszyłam, no bo nie mam doświadczenia w wypadkach drogowych. Nigdy mnie jeszcze samochód nie potrącił, ani trochę ani bardzo, ani wcale. Więc się przestraszyłam i natychmiast pomyślałam, że to na pewno moja wina. Wiadomo z Polski jestem, więc łamanie przepisów mam we krwi. A właściwie to nawet nie wiem, kiedy je łamię, bo nigdy się ich dobrze nie nauczyłam. Zatem od razu z miejsca leżąc na tej jezdni pomyślałam, że to moja wina, że zaraz ktoś z tego samochodu wyskoczy, nakrzyczy na mnie i każe mi zapłacić za zniszczenie samochodu, a ja jestem biedna i nie mam na nowy kanadyjski samochód, więc najlepiej będzie udawać, że nic się nie stało, pozbierać się z podłogi i czym prędzej odjechać. I tak też uczyniłam. Jak już dobrze zwiałam to wszystko na spokojnie przeanalizowałam i wyszło mi na to, że to jednak była zdecydowanie wina kierowcy. Ja jechałam prosto na zielonym świetle, a on skręcał w prawo i na mnie najechał! A właściwie nie na mnie tylko na rower Meghan, w którym wygięło się tylne koło i zepsuły się przerzutki... 
Jestem dobrą koleżanką, więc zdecydowałam się go od razu naprawić. Pan w warsztacie powiedział, że rower nadaje się do śmieci i trzeba kupić nowy. Słabo mi się zrobiło i popukałam się w głowę, że nie zatrzymałam samochodu, który mnie potrącił i że on to mógł ze swojego ubezpieczenia kupić Meghan nowy rower, a ja nie za bardzo. No nic, trudno - myślę, że fajnie, że mi się nic nie stało. Poprosiłam Pana rowerowego, żeby wymienił koło i przerzutki, a resztą pomartwię się później. Następnego dnia odebrałam rower, zapłaciłam 30$ i odjechałam. Ale nie daleko! Już na pierwszym skrzyżowaniu spadł łańcuch i utknął. Wróciłam i grzecznie poinformowałam o tym Pana rowerowego. On na mnie z gębą, że przecież mi mówił, że rower nadaje się do śmieci, więc czego ja się spodziewam. Założył mi ten łańcuch i pogonił. Ze spuszczoną głową udałam się do domu, powiedziałam o wszystkim Meghan i dowiedziałam się, że źle podeszłam do sprawy...

Bo przecież Montrealu nie naprawia się roweru u mechanika tylko się idzie do kolektywu rowerowego! W takim kolektywie jest bardzo fajnie. Każdy może przyjść i uzyskać pomoc w kwestii naprawy lub ulepszenia swojego roweru. Pracują tam jako wolontariusze bardzo fajni i życzliwi ludzie, którzy jarają się rowerami. Tacy ludzie którzy chcą, żeby rower Meghan został naprawiony, a nie żeby musiała kupić nowy. Idea jest taka, żeby uczyć wszystkich chętnych jak rower naprawić samemu. Płaci się tylko za części. Spędziłyśmy tam 2 godziny, miły kolega z uśmiechem na ustach pomógł nam naprawić przerzutki i hamulce, zapłaciłyśmy 5$ i rower został zupełnie uzdrowiony! Czyż to nie cudowne? Uwielbiam Montreal za to! Za te kolektywy i oddolne niekomercyjne inicjatywy organizowane dla idei i zajawy, a nie dla kasy. Ja się na rowerach nie znam, ale może jak wrócę to założę jakiś podróżniczy kolektyw, w którym będziemy pomagać organizować wyprawy, szukać tanich lotów i dzielić się sposobami na to, żeby podróżować niedrogo, bezpiecznie i kolorowo :)

Ale wracając jeszcze do poprzedniego wątku, chciałam tylko dodać, że w tym kolektywie rowerowym w Montrealu mechanikami nie są same chłopaki! Udziela się tam też dużo pięknych kobiet, między innymi moja znajoma królowa dumpster divingu :) Poza naprawą rowerów kolektyw rowerowy organizuje także przeróżne aktywności rozrywkowo – kulturalne. W ostatnim miesiącu był to przegląd rowerowych filmów erotycznych połączony z performensem burleski na rowerach! Nie poszłam, bo akurat tego dnia byłam obrażona na świat, a poza tym nie wiedziałam dokładnie, co to jest burleska. Dopiero po fakcie Meghan mnie oświeciła, że to takie przedstawienie, że dziewczyny się rozbierają do naga z wyjątkiem sutków. Na sutki nakładają naklejki albo takie dyndające frędzle. I machają nimi w górę w dół i w kółko i że to jest bardzo śmieszne. No więc moja królowa dumpster divingu takie właśnie show dawała i to na rowerze (?!) a ja nie poszłam, bo mnie dopadły smutne smutki.

Ale nie o smutkach chciałam teraz mówić tylko o sutkach! A więc z Zuzą ostatnio gadałam. Spytałam co nowego a na to mi Zuza powiedziała, że odkryła fantastyczną medytację sutków i że koniecznie muszę spróbować! Bardzo mi się ten pomysł spodobał i postanowiłam się podzielić nim ze światem, co właśnie czynię - zatem namawiam wszystkie czytające mnie kobiety, żeby przez godzinę usiadły w ciszy , skupieniu i skoncentrowały umysł na swoich sutkach :) Uważam, że to fantastyczna inicjatywa, zdałam sobie sprawę, że stanowczo za mało uwagi poświęcam w życiu moim sutkom, a za dużo smutkom, ale dzięki Zuzie to się wkrótce zmieni :P
Poza tym Zuza przypomniała mi też, że zbliża się koniec świata. To już za 2 miesiące bez 2 dni, czyli 21 grudnia! Będę wtedy prawdopodobnie na ziemi Majów, więc zapewne mam większe szanse doświadczyć końca świata niż wy w tej Polsce. Ale obiecuję zdawać relacje na gorąco i nie pomijać makabrycznych szczegółów.

W zasadzie to się ucieszyłam na ten koniec świata. Bo ostatnio przez moje życie przeszła fala poważnych kataklizmów, które jednak w kontekście nadchodzącej zagłady wydają się błahe. Mimo wszystko opowiem o nich, bo mam paru wiernych fanów, którzy najbardziej lubią czytać o moich dramatycznych przygodach i płaczą wtedy ze śmiechu. Zatem załączam specjalną dedykację dla sam-wiesz-kogo.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni moje nieogarnięcie stopniowo rosło, rosło, aż w końcu z wielkim hukiem pękło i rozbryzgało się na suficie... Zaczęło się od tego, że zgubiłam swój zegarek, potem zgubiłam zegarek Brooksa, potem książkę Brooksa, potem swój telefon, potem czerwony szalik mamy, potem parasolkę Stef, potem ładowarkę do aparatu z zapasową baterią, potem kabel do ładowania mp3 i zgrywania zdjęć, potem zapomniałam zażyć bardzo ważnych leków (tak właśnie tych leków o których nie można zapominać), potem zgubiłam te leki, a na koniec... tamtarararm! Zapomniałam pinu do karty. Bardzo śmieszne. Szczególnie, że za 6 dni jadę do Kolumbii... Nie wiem jak można zapomnieć swój pin... Ale jak widać można! Jestem na to żywym przykładem! Staram się śmiać z tych wszystkich ułomności mojego umysłu, ale ostatnio zaczęłam się poważnie zastanawiać, że może jednak jestem upośledzona i wszyscy to przede mną ukrywają. Ta lista nie jest kompletna, bo niektóre nieogary są zbyt upokarzające, żeby z nich robić publiczny striptiz.
W związku z powyższym postanowiłam nigdy nie mieć dzieci, bo gdybym je miała to na pewno zapomniałabym o nich przesiadając się z tramwaju do autobusu i zostawiłabym je płaczące w kojaczku. Piszę o tym, bo analizując te wszystkie lata gubienia i zapominania doszłam do wniosku, że udało mi się już zgubić, utracić lub zniszczyć wszystkie najcenniejsze i najbardziej potrzebne rzeczy i nadal żyję. Także okazuje się, że wszystko mogę zgubić i świat się nie skończy (przynajmniej przed 21 grudnia). No wiadomo, lepiej nie gubić paszportu, ale nawet jeśli to zawsze można wyrobić nowy. Lepiej też nie gubić na raz 2 kart kredytowych, ale jest przecież bankowość internetowa i Western Union, więc jakoś tam to będzie. Z głodu nie umrę, bo śmietniki są wszędzie. Hahahaha! Wykończę nerwowo mojego ojca ;P. No ale trudno, córki się nie wybiera! Współczuję moim rodzicom z całego serca, ale ja już nic na to nie mogę poradzić poza tym żeby siebie kochać bardziej i bardziej. Nie wypada się modlić samemu za siebie, ale jakby ktoś chciał się pomodlić za to, żebym któregoś dnia nie zgubiła głowy to będę bardzo wdzięczna.

Przerwa na zdjęcia. Trochę liści w parku, czyli kicz dla taty. No bo w końcu to miał być blog o Kanadzie a nie o jedzeniu śmieci, więc liście muszą być! 
Spacer w nocy po północy. Kolory niepodkręcane, takie wyszły!



Urodziny były moje. Nie chcę mówić, że to były najlepsze urodziny w życiu, bo mówię tak przy każdych kolejnych. Ale te na prawdę były najlepsze! Dziękuję bardzo wszystkim darczyńcom z Polski za życzenia prezenty i miłość. Na moje urodziny poszliśmy z Brooksem na wystawę impresjonistów i improwizowaliśmy kontakt pół godziny przed baletnicą Degas z brązu. Ochrona nas chciała wyrzucić z muzeum, ale przyszła jakaś ważna pani i powiedziała, że mają nas zostawić w spokoju, bo tańczymy bardzo pięknie. Na czas naszego tańczenia ludzie przestli oglądać lilje Monet'a i gapili się na nas z bardzo szeroko otwartymi oczami, niektórzy także ustami. Jak skończyliśmy to ktoś do nas podszedł i zapytał czy dajemy warsztaty, ktoś inny powiedział, że powinniśmy się dogadać z dyrekcją tego największego muzeum w Montrealu i robić tu performansy regularnie, a potem jeszcze ktoś wyznał nam, że nie ma słów żeby wyrazić to jak bardzo piękny był nasz taniec i czy nie bylibyśmy urażeni jeśli zaoferowałby nam pieniądze, po czym wręczył każdemu z nas banknot 20$ :) To było takie miłe! A my tego wcale nie robiliśmy, żeby się komuś podobać, tylko dla mnie, bo chciałam potańczyć w jakimś pięknym miejscu na urodziny. 
Po muzeum zarzyczyłam sobie spacer z zawiązanymi oczami po mieście. Cudownie było się tak komuś oddać i być zgubionym w ciemności dzieckiem prowadzonym za rękę. Brooks chodził ze mną przez 2 godziny po Montrealu i pomagał mi dotykać, wąchać, smakować i słuchać najprzeróżniejsze rzeczy :) Łaziliśmy po sklepach, zabrał mnie na tańce do klubu salsy i do parku. Obcy ludzie podawali mi ręce, ktoś mi dał czekoladkę, ktoś mi zaśpiewał piosenkę. W domu Meghan upiekła najlepszy na świecie bezglutenowy sernik bananowy i było dmuchanie świeczki z zawiązanymi oczami. Stef karmiła mnie owocami z ręki i udekorowała moje włosy piórami i roślinkami:) I dostałam różowy sweter, oraz.... najmniejszy na świecie aparat Holgę z 4 filmam! A od mamy obiektyw, a od babci szczepionkę, a od taty wyposażenie podróżnika po Ameryce Południowej. A na koniec dnia jak już zdjęłam opaskę to przeczytałam wszystkie piękne życzenia, za które bardzo dziękuję. I... wisienka na torcie - Bartek zrobił dla mnie video jak śpiewa piosenkę nad islandzkim wodospadem...  oooooh... spłakałam się innego wyjścia nie było. 

Już kończę, przepraszam, że tak długo. Koniec, bomba, kto nie doczytał ten trąba!

poniedziałek, 15 października 2012

Dumpster diving :D


Meghan wróciła z Ontario, a ja się wyprowadziłam i rozpoczęłam miesięczny żywot nomada. Stwierdziłam, że nie chcę im już więcej siedzieć na głowie. A poza tym powinnam trochę odpocząć od Brooksa jeśli mamy przetrwać razem Amerykę Południową. Mieszkam u Jeremiego, który jest świetnym malarzem, a aktualnie studiuje jeszcze psychologię i animację komputerową, żeby w przyszłości robić sztukę, przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. [sic!] Mam u niego swój pokój z bardzo miękkim łóżkiem w którym się aktualnie zatapiam. Mrrrr... I śpię pod cudownie grubą kołdrą – a to rzadkość bo z nieznanych mi powodów Kanadyjczycy śpią zazwyczaj pod okropnie szorstkimi kocami. No więc wielką radość mi sprawia spanie pod taką prawdziwą pierzyną, jak u babci na działce. Światło zapala się tu pociągając kluczyk zwisający na cienkiej żyłce z sufitu. Mam też swój balkon. Jest cudownie. Jeremy pracuje, uczy się i gra na pianinie całą noc, kładzie się jak zaczyna świtać, a potem śpi cały dzień. Przedwczoraj jedliśmy o 4.30 zupę Campbell :) Nie wiedziałam, że ją jeszcze produkują! Jeremy powiedział mi, że jego mama serwowała mu ją na obiad przez całe dzieciństwo. Niestety ta, którą ja jadłam była warzywna, a nie pomidorowa, ale za to miała makaron w kształcie alfabetu ;) Jaram się.

Z przykrych wiadomości, okazało się, że nie mam szczepionki na żółtą febrę. Osobiście uważam, że szczepionki to fanaberia, ale dla spokojnego snu mojej rodziny zdecydowałam się pokornie zainwestować w zastrzyk. Owa atrakcja będzie mnie kosztować 150$, czyli pochłonie znaczną część październikowego budżetu... Dotarło do mnie, że muszę przestać się rozpieszczać i zacząć porządnie oszczędzać. Cięcie wydatków rozpoczęłam od tego, że postanowiłam zrezygnować z transportu publicznego i wszędzie chodzić pieszo (o ile nie jest to dalej niż godzinny spacer). Przedsięwzięłam także poważne kroki w kwestii ograniczenia wydatków na jedzenie. W tym celu rozpoczęłam naukę dumpster divingu :D

Jak sama nazwa wskazuje, dumpster diving to nurkowanie w śmietnikach i polowanie na darmowe jedzenie. Robią to wszyscy moi znajomi. Głównie z powodów finansowych, ale jest w tym także poczucie misji – dzięki temu działaniu nie marnuje się jedzenie. Wiele razy jadłam potrawy przyrządzone ze świeżo znalezionych śmietnikowych łupów. Ale dopiero teraz, kiedy dopadł mnie dramatyczny październik i potencjalna żółta febra, postanowiłam sama stać się dumpster diverem. Uczę się od najlepszych. YC jest królową dumpster divingu. Zna najlepsze śmietniki w Montrealu. I ma wieloletnie doświadczenie. Kiedy jechałyśmy z dziewczynami w trasę koncertową Yen Chao złowiła dla nas wielką torbę organicznych batoników typu Corny (było ich co najmniej 100), a w zeszłym roku zaopatrzyła mnie w wegetariańskie krokiety na podróż powrotną do Polski, no i oczywiście nigdy nie zapomnę jej nieziemsko pysznego ciasta upieczonego ze śmietnikowych marchewek. Spotkałam ją niedawno w bardzo brzydki i deszczowy wieczór. Byłam mokra i smutna, a ona właśnie wybierała się do śmietnika na tyłach sklepu ze zdrową żywnością. Z wielkim entuzjazmem dołączyłam do jej wyprawy. Śmietnik był zamknięty grubym, żelaznym łańcuchem, ale ona znała tajny trik jak go otworzyć. Wyciągnęłyśmy sześć wielkich, ciężkich worków. Żeby dosięgnąć te leżące na samym dnie trzeba było na prawdę wślizgnąć się pod pokrywę i zanurzyć się do połowy w śmietnikowej otchłani. Miałam na sobie wiosenną sukienkę z falbankami, więc musiałam wyglądać bardzo zabawnie włażąc do śmietnika. Trochę to było obrzydliwe, ale nie mrugnęłam okiem, coby nie wyjść na panienkę. Wyciągnęłyśmy worki, założyłyśmy plastikowe torebki na ręce i zaczęłyśmy poszukiwania. Spodziewałam się najgorszego - spleśniałego mięsa, robaków i psiej kupy. Ale nic z tych rzeczy. Worki zawierały warzywa i owoce. I wcale nie były obleśne ani zgniłe. Papryki delikatnie miękkie z lewej strony, sałata z przywiędłymi liśćmi, marchewki brzydkie na końcach, ogólnie wszystkie te wyrzucone warzywa mogłoby leżeć w sklepie i oceniłabym je po prostu jako nie za ładne. Nie do wiary ile jedzenia się marnuje. Nabrałam tyle, że mi się plecak nie dopinał. Wróciłam do domu wzięłam prysznic, bo bałam się, że strasznie śmierdzę. Potem zabrałam się za przygotowywanie kolacji. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie je surowego ze śmietnika. Nurkowanie to jedno, ale największa praca to przygotowywanie do spożycia. Wszystko trzeba od razu porządnie wyszorować, obrać i ugotować albo upiec. Zajęło mi to parę godzin, ale jedzenia miałam na 2 dni. Pieczone słodkie ziemniaki, brokuły na parzę, leczo z bakłażana, marchewki, papryki i selera naciowego z serowym sosem (sos ze sklepu ;). Mimo mojego wielkiego entuzjazmu muszę przyznać, że znając całą historię tej potrawy spożyłam ją z delikatną nutką obrzydzenia, chociaż obiektywnie było ono prawdopodobnie bardzo smaczne. Nie zatrułam się, ani nie zaobserwowałam, żadnych uszczerbków na zdrowiu. Dzisiaj mam zamiar powtórzyć akcję :) Dumpster diving jest oczywiście nielegalny, więc polecam wszystkim, którzy lubią nietypowe przygody podnoszące poziom adrenaliny. Dużo ludzi mnie pyta jak można podróżować bez pieniędzy - proszę oto przepis na darmowe jedzenie.

Wczoraj zgubiliśmy się z Brooksem w Montrealu. Mieliśmy być u jego znajomych na obiedzie o 6.00, a kiedy zorientowaliśmy się, że od pół godziny idziemy w zupełnie złą stronę była już 7.00. Okazało się, że jesteśmy 15 przecznic od miejsca gdzie chcemy być. Oznacza to kolejne 40 minut w deszczu... Była niedziela, więc autobusy jeździły bardzo rzadko. Postanowiliśmy spróbować złapać autostop. Wiadomo, że w mieście szanse, że ktoś się zatrzyma są znikome. Szliśmy jakiś czas tyłem mokrą, ciemną ulicą z wyciągniętymi kciukami, ale szybko doszliśmy to wniosku, że ta misja nie ma przyszłości. Brooks zaproponował, że może chociaż wrócimy sobie inną drogą dla urozmaicenia i skręcił w boczną uliczkę pełną domków jednorodzinnych. Z jednego z tych domków wyszedł gruby pan, uśmiechnął się do nas i zmierzając do swojego samochodu rzucił „Cześć, jak się macie?”. Odwzajemniłam uśmiech i zapytałam, go od niechcenia czy nie jedzie przypadkiem na Madison Avenue. Roześmiał się i odparł, że chętnie by nas podwiózł, ale wiezie ze sobą dwa wielkie psy. Nie znam się na psach ale jak dla mnie to wyglądały na ludożerców. Najwyraźniej Brooks był innego zdania bo odparł, że lubimy psy i chętnie ściśniemy się w dwójkę na przednim siedzeniu. Tak też zrobiliśmy i dzięki temu spóźniliśmy się na obiad jedynie półtorej godziny a nie dwie. Jak widać można autostopować nawet w mieście :)


środa, 10 października 2012

Podróżowanie moje


Minął miesiąc odkąd jestem w Montrealu. Główny cel został osiągnięty. Mam dostatecznie skonkretyzowany i satysfakcjonująco mglisty plan dalszej podróży. Ameryka Południowa z Brooksem. Kto by pomyślał? Na pewno nie ja... Dobrze nam wróży, że z pełną gracją przetrwaliśmy mieszkając ze sobą przez 30 dni i patrząc na siebie 24/dobę. Jestem nieustająco zadziwiona tym niespodziewanym obrotem wydarzeń. Wydawało mi się, że moja droga jest inna. Że muszę iść sama, że musi być ciemno, mokro i pod górę. Ale może da się dojść w te same miejsca w miłym towarzystwie?
Jest październik. Wszystkie dzieci poszły do szkoły. Wszystkie tylko nie ja. Trochę mi smutno, bo bardzo bardzo lubię moją szkołę. Ale nie mam na co narzekać jest mi tu bosko i błogo.
Śpię do 10, przewalam się w ciepłym łóżku do 12, jem słodkie śniadanie do 14, potem zapominam o tym co sobie zaplanowałam, Brooks czyta mi książkę o dwóch księżycach i dziewczynce, która wyhodowała sobie w kokonie siostrę bliźniaczkę. Brooks bardzo dobrze czyta na głos. Kiedy miał dokładnie tyle lat co ja, pracował w call center dla głuchoniemych. Oni pisali do niego na czacie, a on dzwonił do tych do których oni nie mogą zadzwonić. Brooks był ich głosem. Rozmawiał obcymi, jakby byli jego bliskimi. O wszystkim. Od płacenia rachunków przez miłosne zwierzenia, po: „dziś zmarł twój ojciec”. A żeby było jeszcze dziwniej to w tym jego call center pracowali prawie sami geje i transwestyci. Brooks, kiedy mi czyta ma miękki i poważny głos. Na tyle zaangażowany, że podgrzewa emocje zawarte w tekście, ale na tyle neutralny, że zostawia wyobraźni pole dla fantazji o tym, co niedopowiedziane. No i najlepsze w tym jego czytaniu jest to, że nie złości się, kiedy zerkam mu przez ramię. Codziennie staram się wyjść z domu przed zachodem słońca, nie zawsze wychodzi. A szkoda, bo jesień tu jest piękna i tak pomarańczowa, że aż kłuje w oczy.

Niedawno mieliśmy tu dzień dziękczynienia. Kanadyjczycy oblizywali się jedząc swoje grube indyki a ja zrobiłam sobie własne święto. Otuliłam się kolorowym kocem i dziękowałam sobie przez godzinę za wszystko co mam i czego nie mam w moim super fajnym życiu. Bardzo miła sprawa, polecam.

Wczoraj przyleciało do naszej skrzynki Lonley Planet South America... Zaraz znowu znajdę się w roli backpackera. Zastanawiam się jakim chcę być podróżnikiem. Mojego tatę ktoś ostatnio zaptał co tam u jego córki. On na to że córka podróżuje. Ale potem się zastanowił, że on w sumie nie wie co to jest to moje podróżowanie? No więc tato ja też nie wiem. Najlepsza odpowiedź na ten moment to, że jest to sztuka nicnierobienia, bycia otwartym na wszystko co się wydarza, nauka lubienia swojego własnego towarzystwa i doświadczania życia na bardzo podstawowym poziomie. Jak ktoś podróżuje przez rok to jego wyprawa przestaje być wakacjami. Staje się codziennością i jego całym życiem. Jechać, oglądać, rozmawiać, jeść i spać. Nie ma żadnego zadania do wypełnienia. Trzeba się nauczyć być zamiast robić. A to dla mnie koszmarnie trudne zadanie. Mam mieszane uczucia co do moralności takiego życia. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że subkultura backpackerów jest łagodną wersją kolonializmu. Biały odkrywca podbijający egzotyczne kraje. Jedzie i patrzy na innych. I robi im zdjęcia. Boli mnie wszystko jak o tym myślę. No bo co można dać w zamian? To strasznie egocentryczna rozrywka. Mam miesiąc, żeby rozwiązać ten dylemat i znaleźć sposób na to, żeby na mojej drodze dawać coś od siebie a nie tylko objadać się widokami. Chętnie przyjmę złote rady w tej materii.