Translate

sobota, 29 września 2012

Terror Horror


Brooks kazał mi usiąść po środku łóżka, żebym sobie niczego nie zrobiła jeśli upadnę. On zawsze upada na twarz. Zabrzmiało niepokojąco, ale puściłam tę uwagę mimo uszu. Zaciągnęłam się, zaśmiałam nerwowym śmiechem, obraz mi się rozjechał i świat zniknął. Wszystko co do tej pory znałam przestało istnieć. Zapomniałam co to są ludzie, domy, drzewa i niebo. Miałam oczy szeroko otwarte. Rzeczywistość zmieniła się w kolorowe pionowe paski, może sznurki. Były miękkie, ale ciężko było się przez nie przecisnąć. Ogarnęło mnie obezwładniające uczucie strachu, przerażenia, zagubienia. Podobne to tego jak jesteś dzieckiem i zgubisz się w lesie. Nie miałam żadnego wspomnienia z tego świata, który znałam. Pamiętałam tylko, że kiedyś było coś prawdziwego i że muszę za wszelką cenę to odnaleźć. Przedzierałam się przez niekończące się pasy kolorów. Im dalej szłam, tym bardziej liny zaciskały się na moim ciele, w końcu rozerwały mnie na pół, moje płuca były podarte na strzępy. Była mnie tylko połowa. Poszarpane mięso zwisało bezwładnie z mojego tułowia. Krzyczałam z całej siły o pomoc, wiedziałam tylko że muszę iść. Iść i znaleźć coś prawdziwego, nie wolno mi się zatrzymać. W pewnym momencie zorientowałam się, że krzyczę po polsku i, że może to nie dobrze. Że jak chcę pomocy to może powinnam krzyczeć po angielsku. Jakimś nieziemskim wysiłkiem przypomniałam sobie słowa, które chciałam wykrzyczeć. Nie mogłam oddychać, ale krzyczałam i ciągle szłam z wyciągniętą przed siebie prawą ręką. Jedyną, która mi pozostała. Nagle na coś trafiłam. Poczułam coś twardego. Od razu zorientowałam się,że znalazłam to czego szukałam. Znalazłam coś prawdziwego. Postanowiłam, że będę się tego trzymać,żeby niewiem co, najmocniej jak potrafię. Zaczęłam spadać, ale z całych sił ściskałam mój odnaleziony odprysk rzeczywistości. Wiedziałam, że to jest mój ratunek, że jak się puszczę to umrę. Powoli rozpoznałam, że to czego się trzymam to ramię. Skupiłam na nim całą swoją uwagę. To był tytaniczny wysiłek. Paski zaczęły się rozjeżdżać. Stopniowo wracała mi świadomość. Zdałam sobie sprawę, że ramię które ściskam jest ramieniem Brooksa. Brooks wydał mi się bardzo brzydki i bardzo podejrzany. Ale Boże jaka to była ulga uświadomić sobie, że on tam jest. Że ja wróciłam. Że pokój wrócił. Łóżko wróciło. Poczułam ogromną falę wdzięczności za to, że Matrix który znam jest na swoim miejscu. 

Wszystko trwało nie więcej niż 7 minut. Brooks był ze mną cały czas. Siedział nieruchomo na przeciw mnie, ze zgrozą patrzyła na terror w moich oczach i słuchał przekleństw, których nie rozumiał. Bardzo wolno poruszałam się po pokoju chwiejnym chodem, który sprawiał mi ogromny wysiłek. Nagle zaczęłam łapczywie chwytać się jego ciała. Jakbym chciała mu wyrwać obojczyk. Włożyłam mu palce do ust i zacisnęłam na dolnej szczęce. Wbiłam mu paznokcie w szyję. Bardzo bał się, że go chcę udusić, ale nie chciał ze mną walczyć, bo wiedział, że jestem przerażona i nie należy pogarszać mojego stanu. Ciągle powtarzał, że jestem bezpieczna. Pierwsze co powiedziałam po angielsku to pytanie: Czy jesteś prawdziwy? Potem kazałam mu podnieść ręce do góry i zażądałam wody.


Szałwia wieszcza (Salvia divinorum) – gatunek rośliny z rodziny jasnotowatych (Lamiaceae Lindl.). Nazywany jest także szałwią proroczą, boską szałwią, szałwią czarownika. Występuje endemicznie w Sierra Mazateca w Meksyku na wysokościach 300–1800 m n.p.m.”(http://pl.wikipedia.org/wiki/Sza%C5%82wia_wieszcza). Wikipedia mówi też, że szałwia ma właściwości terapeutyczne, zaledwie 4% użytkowników reaguje na nią depresyjnie. Żeby nie było wątpliwości, to był mój świetny pomysł, żeby palić szałwię. Brooks mnie ostrzegał, że nie wszyscy to lubią. Wcale mnie nie namawiał, wręcz przeciwnie. Mówił, że to jak podróż w inny świat, nie zawsze ciekawy, że ma się ostre halucynacje, że szamani to palą, żeby się połączyć z innym wymiarem, ale on osobiście w to nie wierzy. Sam palił wiele razy. Raz widział niekończące się pola, innym razem niekończące się dni tygodnia – ogólnie niegroźne abstrakcyjne halucynacje. Mój trip po szałwii był niepodobny do niczego czego do tej pory doświadczyłam. Myślę, że można się na to przygotować, wiedzieć czego się spodziewać. Nie odurzałam się za dużo w moim życiu, ale coś tam mi się zdarzyło magicznego zjeść. Halucynacje były dodatkiem do rzeczywistości. Tutaj było inaczej. Halucynacje były jedyną dostępną rzeczywistością.

Pierwsza refleksja jaka mi przyszła do głowy, kiedy odzyskałam zdolność myślenia to to, że teraz nie mam wątpliwości, że istnieją równoległe rzeczywistości. W miejscu, w którym się znalazłam nie miałam prawie, żadnych wspomnień z tego świata. Pozostał koncept ego, ciała, języka, kierunki, ale to by było na tyle. Nic poza tym. I dodatkowo byłam wyjątkowo przytomna i skoncentrowana. Dlatego nawet, kiedy wszystko się skończyło, ja nadal ze septycznym dystansem podchodzę do rzeczywistości, która mnie otacza. Bo nie ma żadnego dowodu na to, że ona jest prawdziwa poza tym, że nauczyłam się myśleć o niej jako o tej jednej. Nie będę kontynuować tego wątku, żeby nie było, że straciłam rozum.

(Żeby dodać trochę absurdu, rzucę na marginesie, że teraz pisząc siedzę w kawiarni, gdzie w telewizorze leci program ze śmiesznymi zwierzaczkami – kotek udaje kulę na stole bilardowym a piesek robi siku do kibelka. „Ha-ha-ha” - z offu. Niezła schiza na wyciągnięcie ręki.).

Ogólnie było to bardzo bardzo traumatyczne przeżycie. Zupełnie, całościowo nieprzyjemne i nie polecam. Ale mimo tego całego horroru nadal nie żałuję i uważam, że to było bardzo ciekawe. Że doświadczyłam czegoś czego pewnie nie można doświadczyć w inny sposób. Żeby nie było – nie mam najmniejszej ciekawości powtarzać i po tej przygodzie najbardziej na świecie lubię świeże powietrze i zimną wodę. Tak, chcę się już tylko zaciągać zimnym, czystym, wilgotnym powietrzem i ćwiczyć jogę w pomarańczowym słońcu.

***

Ale jak już wcześniej zauważyłam to było tylko 7 minut. Poza tym robię też dużo mądrych i pożytecznych rzeczy. Byłam na tygodniowym intensywnym warsztacie tanecznym z członkiem grupy Ultima Vez. Przez 6 godzin dziennie koncentrowałam się na tym, żeby przy pomocy ruchu stać się bijącym sercem, płynącą krwią, albo podciętą żyłą.
Pracuję też trochę. Śmiesznie wyszło z tą pracą. W środku dnia zadzwonił do nas znajomy Meghan, że coś dla niej ma i zaraz przyjdzie do nas to coś zostawić. Otwieram mu drzwi a on ni ni z tego ni z owego mówi do mnie po polsku: „Nazywam się Mikołaj Żukowski. Latem podcinam kwiaty, zimą odwalam śnieg. Czy chcesz się do mnie przyłączyć?”. Postawił na stole wyborową i ogórka, a ja umarłam ze śmiechu. Od tej pory obcinam z nim kwiaty w ogródkach bogatych ludzi a on się bardzo cieszy, że może ćwiczyć polski.
Byłam na ciekawym performansie tanecznym. Ktoś z publiczności zadawał pytanie, dziewczyna mu wróżyła i dawała odpowiedź tańcząc. Podeszłam i zapytałam: „Should I stay or should I go?”. Ona wzięła szklankę z zieloną słomką i zatańczyła mi solo dmuchając w rurkę i robiąc wielkie bąbelki. Odpowiedź na moje pytanie to: „woda”.  

piątek, 21 września 2012

Spadam

Kilka dni temu zupełnie od niechcenia rzuciłam przy kolacji:
- Brooks, a ty nie chciałbyś ze mną trochę popodróżować?
Jak zwykle ta sama gadka szmatka, że nie ma pieniędzy, że nie chce stracić pracy. Ale ziarenko niepokoju zostało zasiane. Pomysł całą noc kiełkował w jego głowie i rano przy śniadaniu zapytał:
- Ale gdzie moglibyśmy pojechać?
- Gdzie tylko chcesz :)
Zabrałam go do księgarni, stanęliśmy przed półką z Lonley Planet.
- Chwytaj wszystkie kraje które chciałbyś odwiedzić! - powiedziałam.
Każde z nas wzięło tyle książek ile mogło udźwignąć. Mój pierwszy wybór - Filipiny, jego - Nepal. Po rozważeniu Chin, Nowej Zelandii, Jamajki, Meksyku, Kamboży, Guatemali, Wysp Wielkanocnych i Kuby zdecydowaliśmy się na Amerykę Południową. Wróciliśmy biegiem do domu. Sprawdziłam bilety. 116$ do Kolumbii!!! - Isn't that insane?!! Siedziałam Brooksowi na kolanach. Widziałam chochliki w jego oczach. Kminił i kminił.
- Ale wiesz, że ja zupełnie nie mam pieniędzy? - powiedział. - Wielki kredyt za szkołę. Jak pojadę, to nie będę nic zarabiał. Mój kredyt będzie tylko rosnąć i rosnąć... Będziesz mnie cały czas kochać jak z tobą nie pojadę...?
- Oczywiście! Będę Cię zawsze kochać. I odwiedzać Cię co rok gdziekolwiek będziesz mieszkać :)
Minął kolejny dzień. Brooks rzucił pracę, postanowił, że wźmie jeszcze większy kredyt i pomartwi się tym później.
No więc spadamy stąd w listopadzie. Hahaha. Trochę się też przeraziłam jak się zgodził. No bo oczywiście jak mu to zaproponowałam to byłam pewna, że odmówi. Poza tym ja sobie niezwykle cenię moją niezależność i nie chcę się do niczego zobowiązywać. Ale muszę przyznać, że ze wszystkich dostępnych opcji Brooks jest najlepszym partnerem do podróżowania. Przez ostatni miesiąc męczyłam się strasznie jeżdżąc samemu. Myślę, że to świetny pomysł, żeby zabrać Brooksa. Bo on jest super. Kompletnie uroczy świr. No i psycholog. Będziemy tańczyć wszędzie gdzie pojedziamy. I zawsze możemy się rozdzielić, jak się sobą zmęczymy. To nie jest tak, że on jedzie dla mnie. Jedzie bo tego chce. Bo zawsze chciał, tylko nigdy o tym nie myślał tak jak ja o tym myślę. Nie wiedział, że to jest bardzo proste. Bo każdy może podróżować. Wystarczy tylko wyjechać.



Albo wyjść przez okno.

Mam taką prywatną misję, żeby ludzie podróżowali. Żeby wstali zza tych biurek i wyszli przez okno.

***

Jestem wolontariuszką na super szałowym festiwalu muzycznym Pop Montreal. Wczoraj byłam na Grimes - moje odkrycie roku: http://www.youtube.com/watch?v=1FH-q0I1fJY . Tutaj jest na nią totalny szał. Bilety były wyprzedane od miesiąca. (Ja się dostałam za darmo bo jestem sprytną Polką z silnym genem kombinatorstwa). Może przesadzam, ale wydaje mi się, że ona robi coś bardzo nowego, innego od wszystkiego co widziałam. Na jej koncert przyszli taaaacy dziwni ludzie... Zupełnie nowa subkultura. Czarodziejki z księżyca skrzyżowane z nieśmiałą licealistką, Marlinem Mansonem i Lady Gagą. Lovvv... polecam jej wszystkie teledyski.


środa, 12 września 2012

Kryzys zażegnany

Jakimś cudownym trafem dojechałam do Montralu. Była 2 w nocy więc metro nie działało. Postanowiłam, że w takim wypadku przejdę się do domu. W końcu w Montrealu wszędzie chodzę pieszo, więc w sumie co za różnica, że jest środek nocy a ja mam ze sobą koszmarnie za ciężki plecak. Wydawało mi się, że po 20 godzinach siedzenia spacer będzie miłą odmianą. Żeby nie było za różowo ochroniaż skierował mnie w złą stronę i przez 20 minut szłam w przeciwnym kierunku niż trzeba było. Zdrowo się uśmiałam kiedy doszłam do rzeki i zorientowałam się w jak absurdalnym miejscu jestem. To na prawdę wstyd i hańba że zgubiłam się w Montrealu... No ale nic to, w końcu jakoś znalazłam dom. Weszłam od ogródka po moich ukochanych skconych schodach. W środku paliło się delikatne światło. Zajżałam do Meghan, ale jej nie było. Trochę mi się smutno zrobiło, ale poszłam do dużego pokoju gdzie miałam spać. Wchodzę tam a na kanapie siedzi Meghan w bieliźnie, futrzastej czapce i kapeluszu kowbojskim. Uśmiecha się i mówi: "Welcome home!". Przegadałyśmy na balkonie całą noc. Szczęśliwa i ukochan położyłam się spać o 6.30 rano.

Meghan wyjeżdża na miesiąc do Ontario i ja przez ten czas będę wynajmować jej pokój. Jest najlepiej. Bo to mój stary pokój. A za razem jej pokój! Zachowała okno, które rok temu znalazłyśmy z Misią na ulicy. I na ścianie wiszą zdjęcia, które jej zrobiłam :) W dużym pokoju Stef ze swoim nowym chłopakiem zbudowała pod sufitem konstrukcję do akrobacji cyrkowych - solidna drewniana rama i dwie długie wstęgi jedwabiu w które możesz się zaplątać i robić figle do góry nogami i w szpagacie. Cudooowne! Każdego dnia rano robię jogę, a potem zwieszam się nago z sufitu na jedwabiach. Najlepiej! Chcę mieć takie na Kasprowicza. Poza tym codziennie chodzę do szkoły! Brooks rano przychodzi do mojego pokoju włazi pod kołdrę daje buziaka i mówi: "Kochanie wstawaj, czas iść do szkoły!" To bardzo słodkie :) Wbijam się do McGill na wykłady jako wolny słuchacz. Są baaardzo ciekawe i inspirujące! I nie trzeba robić pracy domowej! Dopiero teraz zaczynam lubić tę uczelnię ;)

Generalnie wróciłam do żywych.

Skontaktowałam się z Polską. Pogadałam pożądnie z moją rodziną i odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, że nie tylko ja jestem świrem. Zrobiłyśmy sobie na skypie telekonferencję Warszawa - Rosanów - Montreal. Babcia opowiedziała mi, że odwiedził ją ostatnio jasnowidz i ujawnił jej wszystkie 260 żyć, które do tej pory przeżyła. Dowiedziała się, że przez większość wcieleń była mężczyzną. Raz kotem. A raz Żydem. Zdażyło jej się też być tamą dworu w Wielkiej Brytanii, filozofem oraz nauczycielem. Dla odmiany moja mama zrobiła w swoim bloku na Żoliborzu ekspertyzę kominiarską, żeby zamontować w domu kozę. Twierdzi, że bez kozy zimy nie przeżyje... Poza tym kupuje na Saskiej Kępie ogródek działkowy!!! Będziemy sobie w nim uprawiać organiczne pomidory i będziemy rozmawiać z groszkiem i z biedronkami!!! I będzie cudowie. Już się nie mogę doczekać! Nie mam wątpliwości, że w tym przypadku moja praca roczna na  była silną inspiracją :D Mam motywację, żeby wrócić na wiosnę.

No ale jeszcze do wiosny daleko. Coś trzeba ze sobą robić. Daję sobie ten miesiąc na szukanie inspiracji. Dziś na przykład widziałam się dziś z moim przepięknym kolegą Benoitt, który jest elfem, tancerzem i przyszłym tatą. Benoitt podróżował po świecie przez 6 lat swojego 30-letniego życia, więc jest dobrym travel advisorem. Opowiedział mi jak kiedyś siedział znudzony i zrezygnowany w Niemczech. Nie miał pieniędzy, pracy, ani żadnego konkretnego celu. Jedyne co to wiedział, to że chce w przeciągu 3 miesięcy znaleźć się w Hiszpanii, gdzie będzie nauczał medytacji jego ulubiony mistrz buddyjski. Mojego przyjaciela nie było stać na pociąg, a autostopowanie mu się już dawno znudziło. Stwierdził więc, że nie pozostaje mu nic innego, jak tylko pojechać tam rowerem. Tak. 2500 km rowerem. Ale pomyślał, że po co ma pedałować taki kawał jedynie dla własnej satysfakcji, jeśli mogą z tego mieć korzyść także inni? Założył stronę internetową www.2500km.com i postanowił podczas swojej podróży zbierać pieniądze na budowę centrum medytacji w Hiszpanii. Postanowił sobie za cel uzbierać 1 Euro za 1 przejechany kilometr. Obkleił swój rower napisami "2500km" i rozpromował akcję w mediach. Wszystko pięknie. Ruszył. Benoitt jest informatykiem. Pomyślał, że będzie pracował zdalnie więc miał zamontowaną na rowerze wielką baterię słoneczną, w związku z czym jego rower ważył 65 kg - dokładnie tyle samo co on... Planował jechać ze średnią prędkością 25 na godzinę i chociaż cisnął jak mógł udało mu się uzyskać jedynie 13 km/h. Po 4 dniach koszmarnie ciężkiej harówy dotarł do miasteczka, gdzie dowiedział się, że podróż pociągiem do miejsca z którego zaczął pedałować zajmuje jedynie 1 godzinę...
- I co zacząłeś się martwić, że nie dasz rady?
- Czy zacząłem się martwić?! Wtedy uzyskałem kompletną pewność, że nie dam rady! Nie wyrabiałem na płaskim, a przede mną były wielkie Alpy!
Poddał się. Zaczął jechać w kierunku stacji kolejowej i wtedy właśnie rozpętała się burza. Sam się zdziwił ale jakoś spodobało mu się jeżdżenie w deszczu. Pomyślał, że przejedzie jeszcze 10 km i wsiądzie do pociągu na kolejnej stacji. Kiedy tam dojechał pomyślał, że może starczy mu sił do jeszcze następnej. I tak negocjując dotarł w końcu do Hiszpanii. Uzbierał 3000 Euro + uzyskał sponsorów, którzy sfinansowali jego sprzęt i jedzenie.
- I przejechałem Europę w tych sandałkach - powiedział wskazując na znoszone buty, które miał na swoich kościstych stopach. - Udało mi się tylko dlatego że się poddałem.

Jak zapytałam go jak się z Montrealu najtaniej dostać do Meksyku zupełnie poważnie poradził, żebym się wybrała pieszo.

***

Z mojego zepsutego obiektywu

środa, 5 września 2012

Kryzysowo

Oto zdjęcie, które ilustruje jak się obecnie czuję:
Piszę posta z autobusu Halifax - Montreal. Jedyną dobrą rzeczą na temat tego autobusu jest to, że ma internet. Jadę już 15 godzin. Przede mną już tylko 5... Kurwa. Jestem już w takim stanie rozkładu, że pozostaje mi już tylko się śmiać. Jak dojadę cała to będzie cud. Zawieszam podróżowanie na miesiąc. Wynajmuję pokój Meghan (mój były pokój) i cziluje w Montrealu. Hahaha. No nie wiem od której tragedii zacząć. Może chronologicznie. No to najpierw przeszła mi koło nosa szansa na najlepszego chłopaka na świecie. Poznałam idealnego chłopaka no i go nie uwiodłam! A przynajmniej nie dość skutecznie. Nie moge sobie w żadnym razie wybaczyć, bo jestem pewna, że to właśnie na niego czekałam i nie rozpoznałam tego w porę! Z większych tragedii to wczoraj zepsułam aparat. Obiektyw mi pękł na pół. Wszystko z mojej winy. Robiłam sobie zdjęcie na czymś chwiejnym, wiedziałam, że spadnie. No i spadł. Teraz jedna z takich na prawdę przerażająco śmiesznych tragedii, takich, że tylko mi się może coś takiego przydarzyć... Dzisiaj jadąc tym pierdolonym autobusem, spóźniłam się 3 minuty z przerwy na siku i autobus odjechał beze mnie. Zostałam z portfelem w ręku, ale pojechał sobie mój plecak duży i mały, komputer, zepsuty (ale zawsze) aparat, paszport, dysk ze wszystkimi zdjeciami. Kurwa nawet numeru telefonu do Meghan nie miałam, żeby mi ktoś te graty odebrał z dworca o 3 w nocy, jeśli nie zostały jeszcze skradzione... No dramat. Zawsze się bałam że mi się to przydarzy no i proszę! Spełniło się. Zrobiłam wielką histerię na tej stacji benzynowej i dzięki Bogu jakiś dziadek się nade mną zlitował, ruszyliśmy w pogoń za autobusem. Pół godziny go goniliśmy! Bo trochę czasu straciłam na znalezienie frajera, który się podejmie tej kretyńskiej misji z rozryczaną, brudną i śmierdzącą Polką. Ale dziadek dał radę! Dogoniliśmy! Zajechał mu drogę na autostradzie, ja wychyliłam się cała za okno dając znaki, żeby się zatrzymał. Autobus zjechał na pobocze, kierowca mnie wpuścił. Nie odezwałam się do niego ani słowem i przeszłam obok niego patrząc w ziemię, bo byłam tak wściekła, że bym mu tylko mogła zajebać. Zamknęłam się w śpiworze po czubek głowy i usiłowałam sobie wyobrazić, że to wszystko się wcale nie stało. Poczekałam do przesiadki i dopiero wychodząc z autobusu zbluzgałam należycie kierowcę. Jestem wykończona. A jeszcze z innych tragedii to moim lokatorom w Warszawie się zepsół piekarnik, o mało się nie zaczadzili! Na szczęście są cali, ale muszę im kupić nowy piekarnik co oznacza kryzys gotówki we wrześniu. Boże wcale nie chce teraz mysleć o piekarniku. Dlatego i dla wszystkiego innego zawieszam podrozowanie i postaram sie popracowac w Montrealu. No i muszę sobie wymyślić jakiś cel jeśli mam wrócić do podróżowania. Bo takie "go with the flow" to nie dla mnie. Jakiś projekt artystyczny, który będę robić. Albo jakiś wolontariat. Albo znaleźć chopaka albo dziewczyne do podrozowania. Albo chociaż samochód.

Jestem strasznie w tyle z pisaniem. Może zdjęciami trochę opowiem. 

L'arche cd:

Buddy

Maggie Rose

Juddy & her idol Charlie Praide
Kiedy weszłam do jej pokoju, Charlie śpiewał na cały regulator a Juddy tańczyła z jego zdjęciem. Zapytałam  czy mogę ją sfotografować. Skinęła głową, dumnym krokiem udała się z portretem Charliego na środek pokoju, jakby wchodziła na scenę. Zatrzymała się na ułamek sekundy, zapozowała, a chwilę potem kontynuowała taniec, jak gdyby nigdy mnie tam nie było.

Maggie Rose & Sally


Garry

Rod 

***

Free School:

Uczelnie wyższe w Kanadzie są niesamowicie drogie. Cały kraj drży w protestach studenckich. Szczególnie ostre miały miejsce w Montrealu, tuż po tym jak wyjechałam. Tydzień temu wybrałam się na Free School - inicjatywę wyrosłą na ogólnym niezadowoleniem z obecnego stanu szkolnictwa wyższego. 11 młodych farmerów zaprosiło na swoją posesję studentów, profesorów i artystów by stworzyć okazję do twórczej i wolnej wymiany myśli. Przez 3 dni odbywały się wykłady w stodole i na wolnym powietrzu. Wieczorami muzyka na żywo i tańce. Serwowano najlepsze wegetariańskie jedzenie z jakim się spotkałam w nieograniczonych ilościach! Wszystko przyrządzone z plonów z ogrodu. Po każdym posiłku deser - wielopoziomowe ciasta bujnie udekorowane owocami. Każdy z uczestnikow płacił ile miał, a jak nie mial to nic nie placil. 





***

WWOOFING

Przez tydzień mieszkałam na takiej totalnie odludnej farmie. Pogamałam w ogrodzie i w domu w zamian za spanie i jedzenie. Dla niewtajemniczonych WWOOFING to taka ogólnoświatowa organizacja zrzeszająca sieć farm organicznych i wolontariuszy. Pracuje się około 4 godzin dziennie. Jedzenie pycha z ogródka. No i ciekawe doświadczenie. Mieszka się z rodziną. Można zobaczyć jak się tam żyje. Ja miałam lekką pracę. Trochę wyrywania chwastów, zbierania truskawek i groszku, sadzenia kwiatków, przerzucania kamieni. Było bardzo zen ;) No i zrobiłam im sesję na koniec.


Watermelon love :) Pierwszy arbuz z ich szklarni!



***

Potem odwiedziłam Tristana. Mojego pierwszego couchsurfera hosta z Kanady, którego poznałam rok temu w Victorii. Teraz zaprosił mnie do swojego domu rodzinnego na wschodnim wybrzeżu. Jest tam najpiękniej. A jego tata jest kosmitą. Bardzo polecam film dokumentalny o nim! http://www.youtube.com/watch?v=Zh6o367fD78 To taka postać, że nie podejmuję się jej opisywać, niech się sam przedstawi :)
A ode mnie trochę wodorostów sprzed ich domu:



No i na koniec link do naszego video tanecznego, które zrobiliśmy z Brooksem w Montrealu! Nayan nareszcie złożył :) http://genero.tv/watch-video/33644/ kilkajcie, nam jak lubicie, male szanse ze cos wygramy, ale jak juz sie zrobilo to warto walczyc do konca :)