Translate

piątek, 31 sierpnia 2012

L'arche


Angus i Heather.
Angus jest cukrzykiem. Kiedy miał 17 lat zapadł w śpiączkę i leżał w szpitalu przez parę miesięcy. Heather również była pacjentką tego szpitala. Przechadzała się korytarzem i przez szparę w drzwiach zobaczyła go śpiącego. Tak bardzo jej się spodobał, że codziennie przychodziła go podglądać. Pewnego razu poprosiła pielęgniarkę, żeby pozwoliła jej siedzieć przy jego łóżku. Przesiedziała tam parę tygodni. Kiedy się obudził była obok niego. Zakochali się w sobie. Mieszkali razem w instytucji dla niepełnosprawnych. Heather wspomina, że była to zakazana miłość, musieli się spotykać w tajemnicy, bo wtedy nie pozwalano upośledzonym chodzić na randki. Prawdziwe nieszczęście stało się po tym jak Angus dostał poważnego ataku cukrzycy. Personel ośrodka stwierdził, że miłość ujemnie wpływa na zdrowie ich dwojga. Zabroniono im utrzymywać jakichkolwiek kontaktów i przeniesiono Angusa do innego ośrodka – trafił do L'arche. Żył tam 30 lat i każdemu opowiadał o tej pięknej dziewczynie, z którą go rozdzielono. Angus jest bardzo posłusznym człowiekiem, na prawdę uwierzył, że kochając Heather przyczynia się do pogorszenia jej zdrowia, więc nigdy nie próbował się z nią kontaktować. Jedna z asystentek w L'arche bardzo zaprzyjaźniła się z Angusem. Powiedziała mu, że czasy się zmieniły i że niepełnosprawnym wolno już chodzić na randki. Zaproponowała, że zadzwoni do ośrodka, w którym mieszkał kiedyś Angus i zapyta, czy Heather nadal tam jest. Umówiła spotkanie. Okazało się, że tak. Ku zdziwieniu asystentki ośrodek był jedynie godzinę drogi od L'arche. Kiedy 60 letni Angus przekroczył próg instytucji, siwiejąca, ubrana na różowo Heather czekała na krzesełku przy drzwiach. Wstała, zapięła Angusowi suwak pod szyją i powiedziała „Witaj, mam nadzieję, że za bardzo nie zmarzłeś”. Wymienili się numerami telefonu. Od tego dnia codziennie do siebie dzwonili. Randkowali przez 3 lata. W końcu Heather zarządziła „Świat za długo trzymał nas osobno! Czas, żebyś mnie poślubił!”. Przejęty Angus odpowiedział „Tak jest! Jak zwykle masz absolutną rację!”. Pobrali się w zeszłym roku. Heather przeniosła się do L'arche. Jest już na emeryturze ale co środę jest wolontariuszką w szpitalu, w którym poznała Angusa. Są bardzo uroczą i troskliwą parą. Uwielbiają opowiadać swoją historię. Jak tu nie wierzyć w bajki? :)


Maggie Rose.
Moja najulubieńsza. Ma najbardziej niezwykłą mimikę spośród wszystkich osób jakie kiedykolwiek spotkałam. Tak potrafi wyginać swoją twarz, że zastanawiam się czasem czy to aby na pewno ta sama osoba. Jak się cieszy to skacze z radości pod sufit, uśmiecha się najszerszym uśmiechem we wszechświecie i daje wszystkim urocze, obślizgłe całusy. Jak jest wściekła to z całej siły wgryza się w swoją rękę przy pomocy dwóch zębów, bluzga gorzej niż kierowca tira, drze gazety i rzuca nimi w ludzi. Kocha i nienawidzi z całego serca. Nie ma pomiędzy. Jej pokój jest cały wypełniony pluszowymi misiami, ale pozwoliła mi sfotografować tylko jednego. Nie ma z nią negocjacji. Jej ręka zawsze jest obślinona. Nauczyłam się mieć na to totalnie wyjenbane. Jeśli tylko miałam szansę zostać przez nią uściskana, z największą przyjemnością się na to godziłam nawet jeśli to było obślizgłe przytulanie.  

Rod.
Uwielbia Beatelsów. Całe dnie stoi przy magnetofonie i buja się w rytm ich hitów. Jest wyjątkowo wrażliwy na światło i dźwięk. Kiedy robi się ciemno chodzi po domu, gasi i zapala różne światła. Nic nie mówi. Zna kilka słów i kilka znaków migowych, ale jego głęboko niebieskie oczy mówią dużo dużo więcej. Jest dla mnie najbardziej fascynującą i zagadkową postacią spośród wszystkich mieszkańców L'arche. Kiedy weszłam do jego pokoju, żeby zrobić mu zdjęcie okna były zasłonięte, a on wpatrywał się w wąski strumień światła, który spływał na podłogę. Podszedł do mnie i bardzo mocno zacisnął swoją dłoń na przegubie mojej ręki. Tak mocno, że prawie wrzasnęłam. Ale powstrzymałam się, sądząc, że to tylko pogorszy sytuację. Popatrzył mi w oczy i pociągnął mnie w stronę granatowej ściany. Bałam się, zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Miałam wrażenie, że powietrze było tak gęste, że można było je kroić nożem. Wtedy Rod podszedł do półki i chwycił bęben. Pociągnął mnie posadził na łóżku i uderzył moją ręką w bęben. Puścił. Kiedy zaczęłam grać on zaczął tańczyć. To było bardzo piękne, jak zdałam sobie sprawę, że on nie chce mi zrobić krzywdy, tylko ze mną tańczyć. Gdybym mogła wybrać jedną osobę z L'arche, w której ciele chciałabym się na jeden dzień znaleźć byłby to Rod.



Rodnie.
Jest w L'arche od 4 lat. Przez cały ten czas nie odezwał się ani słowem. Lubi chodzić w poprzek pokoju. Od ściany do okna i z powrotem bębniąc palcami w czerwony kubeczek. Pewnego dnia podczas urodzin jednego z członków wspólnoty ktoś rzucił dla żartu: Hej Rodnie zaśpiewaj sto lat koledze. I Rodnie zaśpiewał. Podobno wszyscy płakali. Nikomu nie przyszło przez te wszystkie lata do głowy, żeby poprosić niemego, żeby zaczął śpiewać. Tajemnicą pozostaje, co jeszcze potrafi Rodnie o czym może nigdy się nie dowiemy?  




poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Cape Breton


Gdy wjeżdżałyśmy na most prowadzący na wyspę Cape Breton, przywitała nas gromada młodych wielorybów. Było ich 15 albo więcej. Z szerokim uśmiechem i głebokim spokojem patrzyłam na nie bezmyślnie przez dobrą godzinę. Tak długo marzyłam żeby zobaczyć wieloryby. Są moimi zwierzętami opiekuńczymi. Piękny znak na nową podróż.

Jakieś dziwne wiatry mnie tu przywiały. Bardzo zawiłe zbiegi okoliczności. Może los. Chociaż wolę myśleć, że wybór. Może nieświadomy, ale wybór. W każdym razie byłysmy w samochodzie 6 godzin a ja ciagle nie zdawalam sobie sprawy gdzie jedziemy. Wiedziałam, że dziewczyny grają koncert w jakies kaplicy. ktora wybudowala Amanda (położna) wraz z członkami lokalnej wspólnoty. Reszta szczegółów dotyczących miejsca naszego pobytu jakoś mnie ominęła. I całe szczęście, bo gdybym wiedziała pewnie nie wsiadłabym do samochodu.

Totalna wieś położona w lesie nad wielkim słonym jeziorem. Sześć kolorowych domków, wielki ogród, sklepik, kawiarenka i to by było na tyle. L'arche jest ogólnoświatową organizacją pomocy osobą niepełnosprawnym intelektualnie – z downem, autyzmem, aspergerem i innymi nienazwanymi odmianami. Zawsze mi się wydawało, że takie miejsca są smutne i przerażające. Że jest tam głównie ból, ciemność i beznadzieja. Darzyłam podziwem osoby, które pracują z ludźmi poważnie upośledzonymi. Wydawało mi się, że taka praca to wielkie poświęcenie i męczeństwo. Także jak tylko zorientowałam się gdzie jestem, to jedna jedyna myśl skolonizowała mój mózg, a mianowicie - jak by tu stąd spierdalolić nie robiąc wielkiej wiochy? Jak się łatwo domyślić, nie było specjalnie dokąd spierdalać. No więc trzeba było stanąć na wysokości zadania i rzucić wyzwanie swoim uprzedzeniom i strasznym strachom.

L'arche na Cape Breton w niczym nie przypomina łódzkiego szpitala, w którym umierała moja babcia. Pierwszym co poczułam jak zdecydowałam się wyjść z mojego bąbla pełnego lęku, była atmosfera pełna miłości, śmiechu i ciepła. Pracują tu młodzi, wyluzowani, kolorowi ludzie z całego świata. Wszyscy mieszkają razem we wspólnocie. Niepełnosprawne osoby codziennie chodzą do pracy i wierzcie lub nie, ale ta społeczność sama na siebie zarabia! Jest to niewielka wyspa a w tym ośrodku mieszka tu 25 osób niepełnosprawnych. I nie jest to jedyna taka instytucja w okolicy. Jak się dowiedziałam to pomyślałam, że coś musi być nie tak z Cape Breton. Może chlasneli jakimiś chemikaliami i im się dzieci zmutowały albo co? Żyję 22 lata i spotkałam do tej pory tylko jedną niepełnosprawną umysłowo osobę, więc chyba musi być coś nie tak z tymi kanadyjczykami z Nowej Szkocji? To była tylko taka szybka głupia myśl, ale dzielę się nią, bo mi pomogła uświadomić sobie że Ci ludzie są obecni tyle, że my ich nie widzimy bo są przed nami pozamykani w instytucjach. (Brakuje języka. Bardzo chciałabym nie robić podziału na my i oni, ale nie potrafię, chociaż na prawdę się staram).
Jedna z asystentek opowiedziała mi historię utwrzenia wspólnoty L'arche w Kenii. Pewien ksiądz chodził po domach po kolędzie. Porządnie przykładał się do swojej roli. Święcił każde pomieszczenie. Nawet te małe pokoimi, które były pozastawiane stołami i krzesłami. Jak się później okazało, ku jego zdziwieniu w tych małych pokoikach trzynani byli “inni ludzie”. Ukrywani przed sąsiadami z obawy, że przyniesą oni hańbę całej rodzinie. Gorliwy kaznodzieja wyciągnął z okolicznych wiejskich szaf w sumie 200 niepełnosprawnych dzieci. Postanowił założyć L'arche. Historia, którą usłyszałam zawiera niewiele konkretnych liczb i nazw. Nie wiem ile w niej prawdy, ale pieprzyć prawdę. Przytaczam tę historię, bo podoba mi się metafora dzikiej murzyńskiej Kenii i prostych ludzi upychających niepełnosprawnych w szafach. Jakże identyczne zwyczaje ma wysoko rozwinięty zachód wraz z powszechnie obowiązującym modelem odizolowanej instytucji. Nic dziwnego, że się boimy, że nie wiemy jak się zachować, jak rozmawiać wokół takich osób. Na początku każdego kogo spotykałam starałam się szybko sklasyfikować – normalny czy nienormalny? Szybko zdałam sobie jednak sprawę z tego, że to okrutne zajęcie i powinnam czym prędzej zaniechać. Potem przeszłam fazę, że ja jestem nienormalna. Żeby w końcu odetchnąć z ulgą i stwierdzić, że wszyscy jesteśmy zaburzeni tylko w różnych miejscach.

Wiem, że nie odkrywam Ameryki. Właściwie wszystko o czym teraz piszę wcześniej wiedziałam. Tyle że teraz tego doświadczam. Dla siebie odkrywam. Bo chyba jedno to wiedzieć jak jest i jak powinno być, a drugie to zobaczyć, że może być inaczej. I mieć odwagę spróbować odnaleźć się w sytuacji, która może być na początku niewiarygodnie niewygodna.

Dlatego postanowiłam zostać. Odłączyłam się od dziewczyn i przez 2 tygodnie mieszkałam w L'arche robiąc dla nich wolontariat. Chociaż tak na prawdę to oni robili wolontariat dla mnie. To ile się tam nauczyłam, ile przerobiłam jest bezcenne.

Wszystko się jakoś składa w sensowną całość. Łódzki szpital był ze mną bardzo obecny podczas tego pobytu. Może w końcu odbyłam odwleczoną w czasie żałobę. Myślę, że bez choroby babci nie byłabym w stanie zostać w L'arche i przyjąć tego doświadczenia. A było bardzo warto.

Mam jeszcze dużo dużo do opowiedzenia. Wiele niesamowitych postaci do przedstawienia. Ale jak dalej dam się tym myślom wylewać to mi się zrobi z tego praca roczna.


wtorek, 21 sierpnia 2012

Morskie opowieści :)


Trochę czasu zajęło mi, żeby rozstrzygnąć dlaczego Meghan zawsze prosi o asystę, kiedy idzie pływać. Była to niezla zagwostka - uwielbia wodę, pływa dużo lepiej ode mnie, regularnie chodzi sama na basen. Dziwne... Pewnego dnia poznałam sekret. Meghan boi się morskich potworów. Serio się ich boi. Dobrze zdaje sobie sprawę, że w jeziorach nie ma rekinów, ale jak tylko jakiś wodorost posmyra ją w nogę to skręca się ze strachu. Niezmiernie mnie to bawi, ponieważ postrzegam ją jako super silną wojowniczkę. Jak wiadomo myśl jest energią, więc gdy tylko Meghan zanurzyła się w Atlantyku oparzyła ją meduza. Była to pierwsza meduza jaką Meghan widziała w życiu, więc z łatwością można sobie wyobrazić skalę paniki, która wybuchła w związku z tym wydarzeniem. Ręka piecze jak szalona - co tu robić? co tu robić? Eleuthra przychodzi z odsieczą, opowiada nam jak w dzieciństwie oparzyła ją meduza i rodzice powiedzieli jej, że żeby przestało boleć ktoś musi na nią nasikać. Skręcam się ze śmiechu, cała ta sytuacja wydaje mi się wybornie komiczna, milion razy poparzyła mnie meduza i nikt nie robił z tego większego halo. Ale Meghan jest zdecydowanie innego zdania i wcale nie udziela jej się mój nastrój. Od razu podchwytuje pomysł Eleuthry, idzie do wody i próbuje naiskać sobie na bolące ramię. Niestety misja kończy się niepowodzeniem, gdyż Meghan zwyczajnie nie dosięga... Nie będę wchodzić w szczegóły. Obserwowanie jej wysiłków sprawia, że ja prawie sikam w majtki ze śmiechu. Meghan wraca do nas i ze śmiertelną powagą oświadcza, że ktoś musi natychmiast na nią nasikać. Niestety dziewczyny mają puste pęcherze. Przypominam sobie jak bardzo boję się ciem i jak bardzo irracjonalny i idiotyczny jest ten lęk. Wzdycham i zgłaszam się na ochotnika. Czego się nie robi dla przyjaciółki... Wierzcie lub nie – ból przeszedł jak ręką odjąć!













piątek, 17 sierpnia 2012

Halifax 2


Wielka Mamma Julia. Widziała nas pierwszy raz w życiu. Wyskoczyła z samochodu podbiegła w podskokach, chwyciła w objęcia i podniosła każdą z nas tak, że zagrzechotały nam wszystkie kości w kręgosłupach. Wykonała taniec ośmiornicy i doniosłym głosem oznajmiła, że mamy czuć się w jej domu tak swobodnie, żeby następnego dnia wszystkie jej zasłony śmierdziały naszymi pierdami. Cytuje.
To tylko ma
ła próbka tego czym jest fenomen Julii. Za każdym razem jak ją widziałam moja szczęka lądowała na ziemi, ale kiedy usłyszałam jej muzykę to przez dobre pół godziny nie mogłam się pozbierać. Wielka spocona Julia wymęczona koncertowaniem i autostopowaniem usiadła po środku dużego pokoju, chwyciła wielką wiolonczelę i tupnęła wielką piętą tak, że aż zatrzęsły się ściany. Zaczęła śpiewać i rytmicznie uderzać smyczkiem w struny. Za pomocą muzyki przemieniła się w nieziemsko piękną istotę wyjętą ze średniowiecznego romansu i otworzyła nam portal do kompletnie innego wymiaru.

***

Halifax jest fenomenalnym miastem z niesamowicie silnym poczuciem wspolnoty. Ludzie mówią, ze jak wychodzisz z domu to zaplanuj swój dzień tak, żeby uwzględnić w grafiku dodatkowe pół godziny na rozmowy z sąsiadami, których mijasz siedzących na schodach swoich malych kolorowych domkow. Mają tutaj co miesiąc wydarzenie, które się nazywa “Really, really free market!”. Ludzie z całej dzielnicy zbierają się z ubraniami, książkami, sprzętem kuchennym – wszystkim czego chcą się pozbyć. Każdy może przyjść i wziąć za darmo wszystko co mu się podoba. Najbardziej mi się podoba, że ludzie oferują także niemateialne dobra. W tej edycji grupka osób improwizowała w kącie na przedziwnych instrumentach i zabawkach zapraszając innych żeby się przyłączyli. (Ja oczywiście jak tylko to zobaczyłam to ochoczo chwycilam plastokowego ananasa-grzechotkę i dołączyłam się do jamu). Jedna dziewczyna przyniosla piórka i zorganizowała warsztat z robienia kolczyków. Inna stawiała tarota. Wiele osob przygotowało pyszne przekąski. Wszystko zorganizowane totalnie oddolnie, nie ma z tego żadnych profitów. To cylkiczne wydarzenie powstało chęci stworzenia przestrzeni dla lokalnej społeczności do wymiany, do tworzernia więzi, a także sprowokowania okazji do przyjżenia się sobie – co ja mam do zaoferowania czego inni mogą potrzebować? No i bardzo podstawowa a jakże pożyteczna funkcja takich eventów – pretekst do zrobienia porządku, raz w miesiącu pozbycia się niepotrzebnych gratów. Prosty pomysł – może kogoś zainspiruje żeby zrobić to w Polsce? Uwialbiam Kanadę właśnie za tą silną potrzebę organizowania się w społeczności, komuny, kolektywy, tworzenia przestrzeni do wspólnego tworzenia i wymiany. No i ta niesamowita otwartość, którą najlepiej przedstawia ekstramalny przykład Julii – ale to jest tutaj normalne! W każdym mieście, w którym byłam są takie społeczności artystyczne.

***

Podróżujemy w 4 kobiety. Pewnego dnia wszystkie na raz dostałyśmy okres. Zaowocowało to ogólnym mega nieogarnięciem. Wychodzenie z domu zajmuje nam wieki. Zazwyczaj udaje nam się tego dokonać około 3 – 4 po południu... Raz się jest lepiej, raz gorzej, ale był taki dzień, kiedy wybrałyśmy się nad jezioro kiedy zaczęło już zmierzchać. Droga prowadzila przez gęsty las, ścieżka była kręta, wąska i wyboista. Szło się dobrą godzinę. Dotarłyśmy do bardzo stromej skały pod którą czekało na nas ciemne, ciepłe jezioro. Nikogo na około. Tylko gęsta mgła nad taflą wody. Zrzuciłam ubrania i następnej sekundzie skoczyłam z klifu, czasu spadania starczyło tylko na to, żeby pomyśleć, że tak się właśnie umiera. Ku mojemu zaskoczeniu przeżyłam i kontynuowałam nocne pływanie nago w ciemnej grarnatowej wodzie. Potem piknik nad wiszącą skałą. Droga powrotna w kompletnej ciemności. Bardzo się bałam. Wtedy dziewczyny zaczęły śpiewać, a ich głosy rozświetliły krętą ścieżkę. Balansowanie na kamieniach przemieniło się w small dance. Szłam ostania w milczeniu. Zapomniałam myśleć i zaczęłam tańczyć. Myślę, że był to jeden z najlepszych tańcy w moich życiu. Chyba dlatego, że nikt go nie widział.












sobota, 11 sierpnia 2012

Halifax

Przyjeżdżamy wczoraj do Halifax, gdzie mamy spędzić następne 3 dni. Pytam gdzie śpimy. Okazuje się, że u Julii.
-Kim jest Julia?
- Niesamowitą wiolonczelistką. 
- Skąd ją znacie? 
- Nie znamy jej. Jest koleżanką koleżanki.
- Acha. 
- I nie ma jej teraz w domu. Wyjechała na festiwal muzyczny wróci z 3 dni.
- Acha. 
- Ale mamy adres. I podobno jej współlokatorzy wiedzą że mamy przyjechać.
- Acha. 
Robię się sceptyczna, ale daję im szansę. Podjeżdżamy pod wskazany adres. Nikogo nie ma. Oczywiście nie znamy do niej numeru. Hm... Idziemy do kawiarni złapać wifi. Julia jakimś cudem jest na fejsie. Nie może przyjechać, jej koledzy prawdopodobnie zapomnieli o nas. Ale mówi, że do jej domu jest łatwo się włamać, więc poleca nam, żebyśmy się włamały, rozgościły się i poczekały na nią, a ona dorobi nam klucz jak wróci... No cóż. Hahahaah. Tak też zrobiłyśmy! Weszłyśmy przez tylne drzwi na ogródek, Stef włożyła rękę w uchyloną szybkę w drzwiach, przekręciłą gałkę, zamek puścił. Dziewczyny wchodzą i zaczynają wołać: "Hop Hop! Jest tam kto?". Z czasem wołanie przeradza się w śpiew. Dom jest cały wypchany dziwnymi instrumentami (harfa, perkusja, dwa pianina, afrykańskie grzechotki itp), obrazami, małymi lampeczkami, po środku wściekle zielonej ściany wisi plakat Marlene Ditrich z czerwonym "Om" na środku czoła, z sufitu zwisają złote gwiazdki wycięte z kartonu.Wchodzimy po drewnianych schodach na piętro. Wpadamy prosto na Nicka. Kim jest Nick? On tam mieszka... Nie słyszał jak pukałyśmy. Oczywiście Julia zapomniała mu powiedzieć, że przyjeżdżamy. Trochę się zdziwił jak usłyszał, ze Julia kazała nam się włamać do jego domu, ale był bardzo wyluzowany, pozwolił nam sie rozbić z namiotami w ogródku i czuć się jak u siebie :) Rozejżałam się trochę bardziej po salonie. Kminie i kminie. Skądś kojażę ten dom. Ale przecież nigdy tu nie byłam, więc jakim cudem??? W końcu mnie olśniło! Znam go ze zdjęcia profilowego Tristata - mojego hosta couchsurfera, u którego spałam rok temu w Victorii (5000 km od miejsca w którym teraz jestem!). Okazuje się, że on kiedyś mieszkał w tym domu do którego się właśnie włamałyśmy ;) Świat jest bardzo, bardzo mały... Za dużo cudów na raz!

***

Cały czas się łapię na tym, że planuję. Ale nie, że następny dzień, tylko miesiące w przód. Myślę i wyobrażam sobie co będzie potem. A przecież siedzi teraz przede mną piękna Meghan i improwizuje na gitarze. I ja o niej zapominam. I zamiast cieszyć się tym że jestem z nią teraz, martwię się, że to się zaraz skończy, i że będę sama. Śni mi się, że oblewam egzaminy, spóźniam się na samolot do Kanady. A przecież wszystkie egzaminy już zdane i przez ocean przeleciałam szczęśliwie. Bardzo jeszcze nie rozumiem tej wolności. Nie wiem jak z niej korzystać. Raz mnie przyprawia o panikę - boże, boże, co ja ze sobą zrobie? A zaraz potem sobie myślę, że nic nie muszę. Że mam miliard pomysłów i każdy jest dobry. A równie dobrze mogę się zatrzymać w pierwszym lepszym miejscu i poobserwować jak się sytuacja rozwinie. I ta perspektywa mnie bardzo uspokaja. Mam taką presję, że muszę żyć najlepszym życiem, bo w końcu mogę wybierać. Sama o wszystkim decydować. Więc chcę podejmować jak najlepsze decyzje, ale z drugiej strony to wszystko nie ma takiego wielkiego znaczenia. Może przypadek, los, intuicja wybierają lepiej niż głowa. Walcze dużo ze swoją głową. Dobra wrzucam zdjęcia i otwieram uszy na Meghan.

***

Prince Edward Island

















wtorek, 7 sierpnia 2012

Trochę zdjęć


 Blessing for creativity

Daniele i Brooks w spódniczce :)



***
***
 Stef upycha plecaki na dachu (bo bagażnik cały w instrumentach) - Nie pozowane!
***
kąpiel w deszczu

moja piękna...
***
Ja i Jeremy w Warszawie.
Jeremy namalował ten obraz ze zdjęcia, które jego brat zrobił nam w lutym, kiedy odwiedzili mnie w Warszawie.
Tak się cieszę, że ten wyjazd był dla niego inspiracją w jego sztuce.
No i w ogóle to fajnie być na obrazie, który wisi sobie w galerii w Montrealu. (i nawet jest na sprzedaż ;P )
Więcej obrazów Jeremiego na jego stronie: http://www.jeremyeliosoff.com/



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Road trip

Klip kręciliśmy przez 3 noce w opuszczonej fabryce, do której uprzednio musieliśmy się włamać. Któregoś razu rozstawialiśmy sprzęt i nagle słyszymy, że ktoś idzie. Zamarliśmy. Brooks mi daje nieme znaki, że mam się nie ruszać i najlepiej nie oddychać. Myślę sobie – no pięknie, policja przyszła, zaraz nas wykopią i cała praca na marne, nie skończymy robić filmu, a może nawet jakiś fajny mandat się trafi, bo kto to wie co w Kanadzie robią z ludźmi, którzy wywarzają drzwi... W tych zastygłych, wyrafinowanych pozach zastało nas czterech chłopaków z naręczem przedziwnych instrumentów. Nie wiem, kto był bardziej zdziwiony – my czy oni? W każdym razie okazało się, że oni też właśnie chcieli się włamać do tej fabryki, żeby nagrać swoją muzykę, bo słyszeli, że jest tu dobra aktustyka. Od razu się dogadaliśmy, że oni szybko zrobią swoje kiedy my się będziemy rozkładać, a potem my przejmujemy teren :)
Jak wyszło okaże się po montażu, ale jest potencjał! Ciekawe doświadczenie, coraz więcej się uczę jeśli chodzi o performancy taneczne.

Jak mówię w Polsce, że mieszkałam w Kanadzie, że tam jade/ jestem, to ludzie zazwyczaj rzucają wyrafinowane komentarze na temat tego, że to taki kretyński kierunek, bo przecież tam jest bardzo zimno. Chciałabym zatem zastrzec, że aktualnie w Montrealu jest 36 stopni Celcjusza, kąpię się 4 razy dziennie i nie mogę zasnąć bez wiatraka przy łóżku. Tak więc oficjalnie dementuję te plotki!

Wesele. Było kontaktowe wesele. A właściwie ślub i wesele. Na szczycie Mont Royal, w upalny dzień, ale otoczeni cieniem klonów, z muzyką na żywo, tańcami, chodzeniem na linie, hoola hoopami, akro jogą i z przepysznym wegańskim jedzeniem. Zebraliśmy się na przestronnej polance, na którą nagle tanecznym krokiem wbiegł pan młody otoczony grupą grajków i cudownych sztukmistrzów:) Wkrótce po nich pojawiła się grupka kobiet i dzieci tańczących, śpiewających, wymachujących wachlarzmi i dmuchających bańki mydlane. Wśród nich ukryta była panna młoda :)
Nelson i Robin postanowili, że swój ślub uczynią okazją do celebrownia miłości. Miłości w ogóle. Ich przewodnią myślą było - jesteśmy tu po to żeby poślubić was wszystkich, nie tylko siebie, chcemy podzielić się z naszymi gośćmi-przyjaciółmi tym wyjątkowym uczuciem, które się między nami urodziło, uważamy, że to cenne i wyjątkowe, chcemy wam trochę oddać. Nie były to tylko puste słowa. Energię wymiany i dialogu między nimi a gośćmi można było wyczuć przez całą uroczystość. Poza tym zorganizowali nam wyborną zabawę o nazwie “Tunel miłości” :) Ustawili gości w 2 liniach na przeciwko siebie i każdy po kolei przechodził przez środek, a inni mieli za zadanie okazać mu trochę miłości – uśmiechem, gestem, dotykiem, tańcem, czy innym wybranym przez siebie sposobem. Po przejściu tego tunelu miałam wrażenie, że wykąpano mnie, wyszorowano, obmyto w ciepłym płynie o miodowym zapachu. Suuuper. Było bardzo hipisowsko. Kapłanem udzilającym ślubu była kobieta. Zamiast złotych obrączek wytatuowali sobie kropki na serdecznych palcach. W ceremoni wykorzystali obrządki z różmych tradycji – buddyjskiej, żydowskiej, katolickiej, i bóg wie jakiej jeszcze :) Ja w ogóle bardzo się wzruszam jak wiadomo, ale tam po prostu chcialo mi sie plakac od poczatku do konca bez przerwy! W ogóle jestem raczej sceptyczna co do idei ślubu, ale ich przykład pokazuje mi, że to ma sens. Ich związek i energia jest dla mnie i dla wielu innych wielką inspiracją. Jak bede miec slub to bedzie to wlasnie taki slub – na siedząco na trawie, na kamieniu.

Naczelnym celem tej podróży jest dla mnie leczenie, dorastanie, szukanie siły, siebie. Odcinam się od wszystkiego co wygodne w moim życiu. Zostawiam moje mieszkanie, rodzinę, przyjaciół, kraj, szkołę, pracę. Po co? Żeby być samemu. Zawsze mi się wydawało, że taki prces uzdrawiania duszy, ciała-duszy trzeba odbyć w kompletnej samotności. Najlepiej w naturze. Ale teraz po tym ślubie nawiedziła mnie myśl, że miłość też może być leczeniem. To teraz dla mnie bardzo ważna myśl. Może nie trzeba się za wszelką cenę upierać na tą alienację. Może warto coś przyjąć jak dają? Hm?

Odwiedziłam Brooksa na tydzień. Wystarczyło, żeby otworzyć wielkie pudełko z wielkimi uczuciami, zachwycić się, wystraszyć, zrobić wielki bałagan i wyjechać z wyprutymi flakami. Wielki wielki mętkik. Nie sądziłam, że mnie to tak kopnie. Było cudownie, ale było też trudno. W każdym razie nie pamiętam już kiedy kogoś miałam tak blisko przez tak długi okres czasu. Hahaha no właśnie 6 dni to znowu nie tak długo. Ale od razu zanurkowaliśmy na prawdę głęboko. Kusząco piękne, przerażająco mocne.

No nic. Teraz wyjachałam. Bo taki był plan – nienawidzę planów. Po za tym, że tęsknię tak, że aż bolą mnie kości, to chyba nie mogę nażekać. Jestem z dziweczynami w prowincji New Bronswick nad jeziorem w domu Amandy – położnej i zielarki, hipiski, która pół życia spędziła robiąc wolontariat na Haiti. Spełniam kolejne marzenie – road trip :) Pierwszy raz w samochodzie z przyjaciółmi na poważnej wyprawie! Bez dorosłych, to znaczy ja występuję w roli dorosłego - Hahaha! Ja prowadzę na zmianę ze Stef! Hahaha! Ja prowadzę auto na autostradzie w Kanadzie wśród tych wieeeeelkich lasów! Hahahaha! Zajebiście :D

*

Zdjęcia może jutro bo internet jest koszmarny. Nie przeczytałam tego co napisałam, ale jestem umirająco zmęczona a dziewczyny mają próbę. Chce skończyć tego posta i się im położyć na kolanach i słuchać jak śpiewają. Dlatego przepraszam jeśli to wszystko nieskładne i nieporadne. Z resztą nie wiem po co się asekuruje. 

środa, 1 sierpnia 2012

Home

Będąc przez ostatnie pół roku w Warszawie często śniłam, że jadę do Montrealu, ale nie mogę znaleźć domu, w którym mieszkałam, nie ma już tego miejsca, wszystko wygląda inaczej i czuję się bardzo zagubiona. Teraz mogę odetchnąć z ulgą dom nadal stoi :) I jest ciągle moim domem. 

Brooks wyszedł po mnie na dworzec ubrany w moją koszulkę w paski i moje różowe skarpetki. Idąc do domu weszliśmy do warzywniaka, a on zapytał: "O! W sumie warto byłoby też sprawdzić co jest w śmietniku!" Hahaha! to jest właśnie różnica między ludźmi z Nowego Jorku a tymi z Montrealu. ;)
W domu czekały na mnie Meghan, Stef i wielkie czekoladowe ciasto z literką K. Dziewczyny nagrały nową płytę, więc całą kuchnię wypełniały ich magiczne głosy. Co się zmieniło? Przybyło kwiatów i warzyw. Na balkonie dojrzewają piękne, soczyste, zielone pomidory, które już niedługo będzie można schrupać. Mój pokój jest teraz pokojem Meghan i jest jeszcze piękniejszy niż, kiedy ja tam mieszkałam. W salonie aktualnie znajduje się warsztat stolarski - Stef buduje pod sufitem konstrukcję, na której będzie mogła ćwiczyć swoje cyrkowe sztuczki - trapez i jedwabie :) No i kota nie ma..
Jak tu przyjechałam od razu poczułam, że to jest moje miejsce, że opłacało się odbyć tą długą i męczącą drogę, żeby tu wrócić. Nowy Jork był fajną przygodą, ale Montreal jest zdecydowanie bardziej mój. Po zjedzeniu przepysznej kolacji i wyprzytulaniu się ze wszystkimi odebrałam maila. Babcia zmarła. Tata powiedział mi w przeddzień pogrzebu, żeby nie przyszło mi do głowy wracać. Mam teraz taką przedziwną mieszankę, kiedy jest mi równocześnie najlepiej i najgorzej. Cieszę się, że mam tu kochających ludzi, z którymi mogę też dzielić mój smutek. 

Będę tu bardzo, krótko więc staram się nie dać dobić czarnym myślom i mimo wszystko korzystać z wielkiego potencjału jaki ma mi do zaoferowania to miasto. Już pierwszego dnia jak przyjechałam dostałam propozycję, żeby robić taneczne wideo. Brooks poznał operatora, który chce nakręcić teledysk na konkurs Edwarda Sharpe'a and the Magnetic Zeros. I ja mam tańczyć z Brooksem w tym jego filmiku :) do tej piosenki: http://www.youtube.com/watch?v=-O7Tnmh8ehg. Widziałam prace tego chłopaka i muszę przyznać, że zapowiada się baaardzo ciekawie!

***

Z pociągu New York - Montreal