Translate

niedziela, 31 lipca 2011

Vancouver vol. 2

Vancouver to przedziwne miasto. Caly czas nie moge sie zdecydowac czy je lubie. Jest totalnie roznorodne, pieknie polozone - morze, gory, wyspy. Poznalam je z wielu stron, spotykajac coraz to nowych ludzi, ktorzy probowali mnie przekonac do swojej wizji miasta. 

Pierwszy wieczor z moja csurferka Megan.
Zapytana jak to robi, ze jest chuda jak patyk i ma nogi do szyi - "No wiesz my (Vancouver), jestesmy takim Los Angeles Polnocy - tu trzeba wygladac."
Zabrala mnie na koncert swojego znajomego. Pod dom podjechal jej chlopak sportowym samochodem, w barze czekali jej przyjaciele - supermodelka ktora zagrala w filmie z Halle Berry i muzycy z zespolu ktory potem widzialam na scenie. Nie tam jakis lokalny zespol, ale normalny duzy koncert w klubie na glownej ulicy, pelna sala itd. http://www.myspace.com/tvheartattack Wszystko byloby cudownie, gdyby nie to, ze Megan i jej chlopak byli mega sztywni i nie ruszyli nawet nozka na koncercie, za to sztuczny amerykanski usmiech nie schodzil im z ust.

Wczoraj za to wybralam sie na gorska wycieczke innymi csurferami - nie takimi co tu mieszkaja, ale co podrozuja. 4 chlopcow - Filipinczyk, Kanadyjczyk, Francuz Belg i ja:)
Szczyt Lions:
Difficulty: Difficult
Time: 8 hours
Distance: 16km
Elevation Gain: 1280 meters.
Jak to przeczytalam to uslyszalam to troche sie wystraszylam ze nie dam rady, bo to juz 3 raz w zyciu jak chodze po gorach (przypominam ze pierwsze 2 byly w Himalajach) :P Na szczescie jeden z urochych chlopcow byl milosnikiem kwiatkow gorskich i zatrzymywal sie co 100 metrow zeby zrobic zdjecie jakiegos niezwyklego okazu, co sprawialo, ze nie bylam ostatnie. Bylo mega mega stromo. Na szczycie byl normalny regolarny snieg, przez ktory przeprawialismy sie w bluzeczkach z krotkim rekawkiem. Okazalo sie ze Kanadyjczyk wniosl na sama gore 5 puszek piwa zebysmy sie mogli nagrodzic jak dojdziemy i to bylo na prawde super mile:)
Po polodniu pozyczylismy motorowke. Skakala na falach jak dzika i chlapalo i bylo super:] Jestem najszczesliwsza jak mam wiatr we wlosach, wiec mozecie sobie wyobrazic moja mine. Nawet dali mi prowadzic i sobie slicznie dalam rade.
Wieczorem trafilam na kolacje do mega klimatycznego hostelu, zjadlam pesto zrobione przez wlocha, poznalam swietnego forografa z Barcelony i obejzalam najlepsze fajerwerki w moim zyciu.

Jakie jest Vancouver? Wiezowce, supermodelki, szybkie samochody, neony, sztuczny usmiech i american dream vs. gory, dzika przyroda, turysci (ale nie tacy real travellers jak w Indiach), vs. cpuny,  brudne hostele, pijani muzycy grajacy na ulicy na elektrychnych gitarach. Zaraz ide na najwieksza w Ameryce parade homo. Zapewne dowiem sie jeszcze czegos nowego o miescie:)

czwartek, 28 lipca 2011

Vancouver

Pobilam kolejny zyciwy rekord :D
Montreal - Vancouver:
78 godzin non stop w autobusie
4733 km droga ladowa
8250.72 km od domu.

Wbrew obawom mojej mamy, ktora cale 2 dni nie dostala ode mnie smsa (bo tel sie rozladowal) - PRZEZYLAM!
Ta sama droge z Montrealu robily ze mna tylko 2 osoby - 23 letni Francuz i super grupa babcia w wielkich brudnych okularach. Ale przez cala droge przewinela sie z setka swirow w ekstramalnym wydaniu.
Musze przyznac, ze to bylo  wyzwanie! Samolot lecialby 4 i nie byl duzo drozszy - z tym, ze dla studenta 200 $ robi roznice... No, ale tak na prawde to przy podejmowaniu decyzji kierowalam sie troche ksiazka ktora teraz czytam  - o wloskim reportarzyscie podrozujacym po Azji, ktoremu chinski wrozbita powiedzial, ze nie moze przez rok nie moze latac, bo inaczej zginie. Przez pol ksiazki Terzani (autor) wychwala uroki podrozowania ladem - widzi i czuje sie o wiele wiecej. No i tak ja, choc nie dane mi bylo w tym roku pojechac do Azji, przynajmniej w ten sposob moglam sie z autorem zidentyfikowac.

I bylo warto! Tylu wariatow co w tej drodze, to przysiegam przez cale zycie nie spotkalam!

Na poczatku usiadlam z pryszczata blond lasia, ktora wydawala mi sie sympatyczna, ale przez 13 godzin nie odezwala sie ani slowem, mimo moich usilnych staran. Owa lasia o wdziecznym imieniu Miranda ani razu nie wytknela nosa z nad magazynu typu Avanti - nie liczac zmiany piosenek na iPodzie wysadzanym sztucznymi brylantami. Czasem jej tam zerkalam przez ramie, oczywiscie w ramach badan antropologicznych, i zauwazylam ze poza chudymi artykulami typu 'New sex and love rules" owa zajmujaca gazetka zawierala tylko zdjecia ciuchow. Moze jednak imie powinno mnie odstraszyc juz na poczatku?
Obok nas siedziala urocza mamusia w rozowych dredach za tylek, z kolczykami w obu policzkach, tatuazami na dekoldzie i kosteczkach palcow. Coreczka lat 3 ubrana cala w rozowe i czarne czaszki. Z przystanku odebral je tata z wytatuowana twarza (i Bog wie czym jeszcze).
Siedzenie przede mna zajmowala babcia smirdzaca czasnkiem, ktora od czasu do czasu wyjmowala z wielkiej torby gotowane jajko, stukala nim o szybe i zjadala.
Jednak najciekawszym z pasazerow okazal sie Dave. Pol niemiec pol ukrainiec mieszkajacy w Toronto, ktoremu pewnej nocy przysnilo sie ze musi zostac szamanem. Pojechal do idnian, opowiedzial im sen, pokazal olbrzynie znamie (pol ciala w ciapki) a oni zgodnie stwierdzili, ze musi sie podporzadkowac przeznaczeniu i zostac szamanem. Odtad Dave zmienil swoje zycie, przestal byc dj'em na imprezach techno i przeszedl indianska inicjacje - pokazal mi miejsce na ramieniu gdzie mu wypalili jakis tajny znak na skorze. Jechal wlasnie na jakas ceremonie gdzie sie tanczy 5 dni nic nie jedzac i nie pijac (nawet wody) i na koniec przyklowa sie czlowieka do drzewa - halami lapiac za skore ponad sutkami. Pokazal mi tez blizny po zeszlorocznej imprezie. Jak go poznalam? Podszedl do mnie na postoju i powiedzial, ze wlasnie mial wizje ze ja bardzo potrzebuje nienieskiego piorka jego papugi i ze koniecznie musze po nie do niego przyjechac do Toronto. Ale poki co to daje mi magiczny kamien ktory mnie bedzie chronil. Smiejcie sie smijcie, ale kamien jest bialy i caly czas cieply.....
Myslicie, ze juz koniec dziwnych ludzi i ich historii? O nie! Czas na pana piromana! Pracowal z dynamitem, nigdy nie rozstawal sie z czapka, ktora byla jedyna rzecza jaka pozostala po jego przyjacielu z pracy, ktory wybuchl w trakcie robot. Sam tez ulegl wypadkowi - pozostal okropny tik nerwowy na polowie twarzy. Opowiadal mi ze zima najabrdziej lubi jezdzic samochodem po zamarzmietych jeziorach. Dzieki niemu wiem, ze mijalismy miejscowosc gdzie Milne napisal Kubusia Puchatka i gdzie zanotowano najnizsza temperature w Kanadzie - 72 st, a przez pewien czas jechalismy po zlocie:) Wzdloz drogi znajdowaly sie liczne kopalnie, wiec chyba moge mu wierzyc;)
Koles, z ktorym sie najbardziej zaprzyjaznilam byl Francuzem - rok mieszkal w Chinach i byl komikiem w amatorskim teatrze, co zapewnialo mi sporo smiechu w czasie drogi.
Moge tak bez konca ale wam oszczedze:)

Kazdy z 3 dni byl inny - najpierw wielkie jeziora, potem pola, na koniec najlepsze - gory, lasy i jeziora. W Kanadzie jest tyle lasu, ze jestem pewna, ze dzieki nim oddycha pol swiata.

Teraz jestem w Vancouver. Mieszkam u przepieknej couchsurferki, ktora wczoraj przywitala mnie wegetarianska kolacja - kasza z tofu i papryka + mango na deser, co po 3 dniach McDonaldsa sprawilo ze poczulam sie jak w niebie. Z reszta nie tylko to - mieszkam w uroczym fioletowym domku. Wieczorem idziemy na koncert jej znajomego. Nie ma tam internetu ale Megan sama zaproponowala, zebym sobie porzyczyla jej MacBooka i pojechala do Starbucksa na darnowe WiFi. I to wlasnie czynie, chociaz pewnie przyplace to przeziebieniem z powodu klimy (choc na zewnatrz ponad 20 st).
Jestem idiotka i przegapialam moja rejestacje na studia w McGill... Nie wiem co teraz, bo wszystkie fajne przedmioty sa pelne...

Zdjecia moze jutro bo mi sie Maczek rozladowuje.

Kontakt w Kanadzie zachwyca. Spolecznosc jest bardzo duza i dobrze zorganizowana - jamy we wszystkich wiekszych miastach kilka razy w tygodniu. Ludzie pieknie tancza. Jedyne co dziwne, to srednia wieku... Powiedzmy, ze wiekszosc jest tak miedzy 30 a 40, ale zdarzaja sie tez takie prawdziwe siwe dziadki, ktore robia niesamowite rzeczy ze swoim cialem! Wszyscy sa mnie ciekawi, chca ze mna tanczyc i oferuja pomoc. Mysle, ze duzo sie tu naucze. Tylko ciagle zastanawiam sie nad festiwalem, bo jak tam pojade na tydzien i trafie na samych dziadkow?

Ej ci co byli! Jak Era?? Co mam sobie sciagnac jak osiade w Mtralu?

Koncze bo na prawde nie mam juz baterii.


piątek, 22 lipca 2011

Montreal


Jestem:)
Na lotnisku Camille i Eledie czekały na mnie z różową karteczką 'Bienvenue Kinga' ozdobioną kwiatkami i serduszkami :) W domu impreza z okazji mojego przyjazdu - wszyscy dzielnie próbowali mówić po angielsku uroczo nie wymawiając "h".

Spałam 12 godzin, zjadłam najsłodszego grejpfruta w życiu i poszłam z dziewczynami w miasto. Trafiłam na najgorętszy lata w Montrealu - 32 stopnie. Wszyscy tu piją wodę z kranu więc przynajmniej jej jest pod dostatkiem, no i za darmo:) Byłam na mega zajebistej wystawie Jeana Paula Gaultier. Na głowach manekinów była wyświetlana projekcja tak, że wyglądały jakby były żywe - mrugały oczami, gadały, śpiewały, ziewały no mega. Wrzucam niżej foty, chociaż i tak nie oddają tego w 100 %. Był też wybieg na którym manekiny się kręciły, no i stroje takie super, że chodziłam ze szczęką przy podłodze.

Potem poszłam do McGill - wielki zielony kampus. Mój instytut w pięknym XIX wiecznym budynku - wchodząc tam czułam się jak w Hogwarcie - takie zimne grube mury, kręcone schodki, długie korytarze. Organizują nam tu pod koniec sierpnia zwiedzanie, oprowadzanie i imprezy integracyjne.

W samolocie zaczęłam czytać książkę o Azjii, która jest tak mega, że się popłakałam, że właśnie jadę w lewo a nie w prawo. Poprawiło mi się jak trafiłam do Chinatown w Montrealu, które może być mini namiastką Azji. Sprzedają tam masę uroczego badziewia - urzekły mnie plastikowe kwiatki machające listkami, ale się powstrzymałam w ramach oszczędzania.

Jest teraz w Montrealu festiwal cyrkowy, czy coś takiego i po ulicach chodzą ludzie na szczudłach i można się nauczyć latania na trapezie, co właśnie jadę uczynić:) Jakbym się długo nie odzywała to znaczy, że nie przeżyłam ;P

Zgodnie z obietnicą wrzucam zdjęcia, chociaż żadne nie jest dobre. Ale nie będę się przejmować, ok? Umówmy się, że są poglądowe, żeby dać wyobrażenie jak tu jest.

Powoli zaczynam być bardziej tu niż tam:) Bardzo mnie to cieszy. A! I kupuję rower, bo metro jest kurewsko drogie - przepraszam za bluzgi, ale 40$ miesięcznie, to chyba nie da się inaczej określić....
















Buziaki 102.

środa, 20 lipca 2011

Amsterdam

Hahaha! Pojechałam sobie! Wreszcie, nareszcie. Znowu w drodze. Oooo jak kocham, kocham! Poczułam to właśnie na lotnisku w Amsterdamie przełączając się na tryb „turystka”, kiedy poprosiłam pana w Starbucksie o kubek wrzątku po czym rozpuściłam w nim polską Neskę 3 w 1, którą właśnie spożywam z bananem na twarzy;););) Lotnisko jest mega odjechane. Mają tu prawdziwe drzewka i sztuczną trawę. Poza tym jest taras z zielonymi krzesełkami i się siedzi na dworze i ogląda samoloty i panów rzucających bagażami. Baaardzo mi się podoba. Mam 9 godzin czekania, ale pieprzę Amsterdam i zostaję na lotnisku:) Poczytam, popiszę, pomyślę. Po Indyjskiej podróży z plecakiem ważącym 9 kilo, teraz spakowałam się w walizkę na kółeczkach ważącą 25kg. Nie wiem jak to interpretować :P Mama na Okęciu płakała, tata ostrzegał mnie bym nie stała się ofiarą handlu kobietami niczym bohaterka filmu „Uprowadzona”. Spotkałam w samolocie koleżankę z liceum, z klasy Bartka – Kasię. Stewardessa na pokładzie była najwyższą kobietą jaką kiedykolwiek widziałam. Kupiłam couchsurferkom Żubrówkę i krówki. Mam w planach wrzucać więcej zdjęć niż tekstu, ale znowu mi czytnik nie działa więc cierpliwości. Kropka i koniec z tym komputerem. Piszcie do mnie czasem, albo dzwońcie na skypa to odprawimy sobie rytualny small talk - login: loginysaglupie. Pa.